Kradzież relikwiarza św. Wojciecha należy do najgłośniejszych tego typu przestępstw w PRL. Do dziś na relikwiarzu widać ślady po tamtych wydarzeniach.
Zbrodnia na świętym
W nocy z 19 na 20 marca 1986 roku w Archikatedrze Gnieźnieńskiej, będącej sercem polskiego chrześcijaństwa, doszło do barbarzyńskiego włamania. Młodzi mężczyźni, korzystając z trwającego remontu, wyłamali kraty w oknie bocznej kaplicy, po czym wspięli się po rusztowaniach i drabinie prosto do konfesji św. Wojciecha. Tam, uzbrojeni w siekiery i młotki, odcięli srebrne elementy XVII-wiecznego relikwiarza. Nie zabrali całej trumny świętego, gdyż była za ciężka i za duża. Zamiast tego dosłownie „porąbali” świętego na części.
Z katedry złodzieje zabrali: srebrną figurę św. Wojciecha (zostawili tylko tułów, który później porąbali i zakopali w pryzmie piasku obok katedry), pastorał, mitrę, ewangeliarz, poduszkę, skrzydła sześciu orłów podtrzymujących sarkofag oraz figurę anioła i inne srebrne detale relikwiarza. Wszystkie elementy upchnęli w pokrowcu od śpiwora. Następnie wydostali się ze świątyni, dotarli na dworzec i pociągiem nocnym pojechali do Gdańska.
Rano, gdy ówczesny proboszcz katedry ks. kan. Zenon Willa otworzył świątynię, ujrzał zdewastowany sarkofag przykryty folią remontową. Duchowny od razu powiadomił milicję i władze miasta o włamaniu i profanacji. „Brakuje słów zdolnych wyrazić nasze poruszenie” – grzmiał wtedy prezydent Gniezna. Gazety pisały o „wyjątkowym wandalizmie i braku poszanowania jakichkolwiek świętości”.
Srebrny sarkofag św. Wojciecha, patrona Polski i męczennika zabitego w 997 r., powstał w XVII wieku w Gdańsku. Jest to wybitnego złotnika Petera von der Rennena. Same relikwie św. Wojciecha trafiły do Gniezna już w 1000 roku. Był to dar Ottona III dla Bolesława Chrobrego. Przez wieki były to dla Polaków jedne z najważniejszych relikwii. Papież Jan Paweł II mówił po latach, że są one „największym skarbem naszego narodu”.
Co ciekawe, kradzież z 1986 roku nie była pierwszą kradzieżą do jakiej doszło w gnieźnieńskiej katedrze. Pierwsza kradzież miała miejsce w roku 1923, kiedy w biały dzień skradziono relikwiarz z głową św. Wojciecha. Sprawa do dziś pozostała nierozwiązana.
Śledztwo błyskawiczne – pod presją
Milicja badała kradzież relikwiarza z dość niezwyczajną determinacją. Ministerstwo Kultury i Sztuki wyznaczyło wysoką nagrodę. Specjalna grupa operacyjna z Poznania i Warszawy (w tym eksperci z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego) analizowała każdy ślad: odciski palców na folii, narzędzia, liny alpinistyczne, fragmenty naczyń, w których topiono srebro.
Kluczowy trop przyszedł z Gdańska. Świadek (znajomy jednego ze sprawców) zauważył w garażu topienie, jak to określił, dziwnych „płyt” palnikiem gazowym. W ten sposób 26 marca 1986 roku zatrzymano sprawców: braci Krzysztofa M. i Marka M., Waldemara B. i Piotra N., który został uznany za prowodyra całego przestępstwa (był on gdańskim stolarzem który zaplanował akcję i użyczył garażu).
Milicja znalazła przetopione bryły srebra (ponad 26 kilogramów), resztki orlich skrzydeł, gwoździe i opiłki. Tułów figury odnalazł przypadkowo piętnastoletni chłopak przechodzący obok katedry. Sprawcy szybko przyznali się do popełnienia przestępstwa.
Ich proces w Sądzie Wojewódzkim w Poznaniu ruszył w czerwcu 1986 roku. Wyrok zapadł w lipcu: bracia M. i Piotr N. dostali po 15 lat więzienia, Waldemar B. miał spędzić w więzieniu 12 lat.
Odzyskane srebro i tułów figury oddano do renowacji Wawrzyńcowi Sampowi, gdańskiemu rzeźbiarzowi i złotnikowi. Prace trwały trzy lata. W 1989 roku relikwiarz wrócił na swoje miejsce w archikatedrze, choć już nie w oryginalnej, nienaruszonej formie. Blizny po siekierach na plecach świętego pozostawiono celowo, jako świadectwo profanacji.
Czytaj też:
Zastaw spiski. Polski król udzielił pożyczki przyszłemu cesarzowi. Jak na tym wyszedł?Czytaj też:
Szara eminencja domu Jagiellonów. Mało znany królewski syn
