Po ponad sześćdziesięciu latach zaborów nastroje społeczne na terenie marionetkowego Królestwa Polskiego, powstałego w 1815 roku po kongresie wiedeńskim i będącym pod władzą Rosji, były coraz bardziej napięte. Sytuacji nie poprawiały nawet pewne reformy wprowadzane przez cara Aleksandra II. W pierwszej połowie 1861 roku doszło do manifestacji, które zostały krwawo stłumione przez wojska rosyjskie. Wydarzenia te można uznać za wczesną zapowiedź przyszłych, jeszcze bardziej dramatycznych wydarzeń, czyli wybuchu powstania styczniowego.
Ku pamięci powstańców
Wszystko zaczęło się 25 lutego 1861 roku od demonstracji upamiętniającej kolejną rocznicę bitwy o Olszynkę Grochowską z 1831 roku z czasów powstania listopadowego. Dwa dni później, 27 lutego, studenci Szkoły Sztuk Pięknych i Akademii Medyko-Chirurgicznej zorganizowali kolejną manifestację na Starym Mieście. Głośno domagali się reform społecznych, praw obywatelskich i uwolnienia aresztowanych. Zaczęty przez nich pochód szedł Krakowskim Przedmieściem. Tam kozacy kubańscy, walczący w szeregach armii rosyjskiej, zaatakowali bezbronny tłum nahajkami.. Gdy demonstranci szukali schronienia w kościołach św. Anny i u ojców bernardynów, wojsko i policja wtargnęły za nimi na teren kościołów. Na znak protestu, po ucichnięciu zamieszek, zamknięto wszystkie świątynie katolickie. W geście solidarności rabin Izaak Kramsztyk nakazał również zamknąć synagogi w całym mieście.
W czasie starć z rosyjskim wojskiem i policją zginęło pięciu Polaków: Filip Adamkiewicz (czeladnik krawiecki), Michał Arcichiewicz (uczeń gimnazjum), Karol Brendel (robotnik) oraz Marceli Paweł Karczewski i Zdzisław Rutkowski (ziemianie z Towarzystwa Rolniczego). Ich ciała przeniesiono do Hotelu Europejskiego, gdzie obradowało Towarzystwo Rolnicze. Świadek Szymon Katyll tak opisał tamte wydarzenia:
„Stanęliśmy wreszcie oko w oko przed Kubańcami. (...) Na ten widok odzywa się na prawem skrzydle komenda: »w nagajki!« i rozpoczyna się młocka”. Kozacy atakowali nawet kondukt pogrzebowy i ludzi niosących krzyż.
2 marca odbył się uroczysty pogrzeb pięciu poległych pod nadzorem delegacji obywatelskiej.
Niedługo później 14 przedstawicieli wszystkich stanów, wśród których byli: kanonicy Jóżef Wyszyński i Józef Stecki, rabin Dowa Ber Meiseles, pisarz Józef Ignacy Kraszewski, generał Jakub Walenty Lewiński, bankier Leopold Stanisław Kronenberg, lekarz Tytus Chałubiński czy szewc Stanisław Hiszpański, utworzyło tak zwaną Delegację Miejską. Udali się oni do namiestnika Michaiła Gorczakowa z żądaniami. Domagano się uroczystego pochówku zmarłych w czasie manifestacji, usunięcie wojska i policji z miasta, zatwierdzenia delegacji jako strażnika porządku, uwolnienie aresztowanych oraz dymisji oberpolicmajstra Trepowa na rzecz margrabiego Pauluzziego. Gorczakow, obawiając się eskalacji napięć, częściowo ustąpił.
Emocje nie opadły
Do kolejnych tragicznych wydarzeń doszło 8 kwietnia 1861 roku podczas kolejnej patriotycznej manifestacji, która odbywała się na Placu Zamkowym w Warszawie. Naprzeciw pokojowo nastawionym demonstrantom Rosjanie wysłali wojsko: piechotę i jazdę, łącznie 1300 żołnierzy. Nagle wojskowi otworzyli ogień do protestujących. Oficjalnie Rosjanie podali, że wystrzelono 484 naboje, jednak liczba rannych była większa, niż liczba podanych naboi. Ponadto Gorczakow podał, że zginęło 10 osób, a rannych zostało 108 osób. Faktycznie liczba osób pokrzywdzonych, zabitych i rannych wyniosła znacznie więcej.
Ciała zabitych pochowano potajemnie nocą w rowach Cytadeli Warszawskiej przy bastionie bramy Michajłowskiej. Miasto musiało jeszcze zapłacić 1500 rubli za „pogrzeb”. Jedną z symbolicznych ofiar Rosjan został 17-letni Michał Landy, uczeń żydowskiego pochodzenia, który w czołówce procesji niósł krzyż przejęty z rąk rannego zakonnika.
Informacje o masakrze na Placu Zamkowym dotarły we wszystkie zakątki kraju, ale także dalej. Wkrótce mówiła o tym cała Europa, choć, jak to bywa w takich przypadkach, na oburzeniu się skończyło.
Polacy po wydarzeniach z lutego i kwietnia byli jeszcze bardziej zdeterminowani. 14 października, w rocznicę śmierci Tadeusza Kościuszki, mimo zakazów wyszli na ulice. Nowy namiestnik, Karol Lambert, wprowadził natychmiast stan wojenny w całym Królestwie Polskim. Wojsko pod dowództwem Aleksandra Daniłowicza Gerstenzweiga rozbijało manifestacje, a ukrywających się ludzi wyciągano nawet z kościołów. Do dantejskich scen doszło w katedrze św. Jana.
Masakry lutowa i kwietniowa stały się zaczątkiem coraz ostrzejszego oporu wobec zaborców, szczególnie wobec Rosjan. Był to punkt wyjścia dla części środowisk patriotycznych, które doszły do wniosku, że potrzeba czegoś więcej, niż pokojowych demonstracji, gdyż aparat represji wciąż się nasila. Kolejne powstanie narodowowyzwoleńcze zbliżało się coraz większymi krokami.
Czytaj też:
Dlaczego doszło do rozbiorówCzytaj też:
Piekło rabacji galicyjskiejCzytaj też:
Łaski, cuda, niewytłumaczalne uzdrowienia. Nadzieja Polski w czasach ostatecznych
