Wiosną 1863 r. trwająca już prawie dwa i pół roku amerykańska wojna domowa przypominała pasmo porażek Północy. Przynajmniej na najważniejszym froncie wschodnim. Po fatalnej dla Unii bitwie pod Fredericksburgiem w grudniu 1862 r. wojska obu stron odeszły na zimowe leża po obu stronach rzeki Rappahannock. Żołnierze Unii byli sfrustrowani porażkami, morale kulało, szerzyły się dezercje.
Lincoln pod koniec stycznia 1863 r. zastąpił kunktatorskiego dowódcę Armii Potomaku, gen. Ambrose’a Burnside’a, gen. Josephem Hookerem noszącym przydomek Walczący Joe. Pierwszym jego zadaniem było uczynienie ze zdemoralizowanych oddziałów gotowej do walki armii.
Sztab Hookera szybko zabrał się do roboty. Świeże warzywa i chleb zastąpiły puszki i suchary. Obozy zostały uporządkowane, wydano ciepłą odzież i piecyki. Wzmocniono personel medyczny w szpitalach. Ogłoszono amnestię dla dezerterów i dłuższe przepustki dla wyróżniających się pododdziałów. Wprowadzono też wyróżniające odznaki dla korpusów, czego brakowało mającej niewielkie tradycje amerykańskiej armii. Hooker szybko zaprowadził dyscyplinę i podniósł morale, mimo że sam nie był wzorem cnót. Kapitan Charles Adams, który wizytował jego kwaterę w Falmouth, określił ją jako „skrzyżowanie baru z burdelem”.
Jego przeciwnicy byli zupełnie inni. Generał Robert Lee uchodził za wzór południowego dżentelmena. Dzielił niedole służby, czasem wręcz nie dojadając razem ze swoimi żołnierzami. Jego najlepszy dowódca korpusu – gen. Thomas Jackson – był surowym służbistą, bez wahania karzącym nawet wysokich oficerów za błahe przewinienia. Był też gorliwym prezbiterianinem. Kiedy nie dowodził, prawie ciągle się modlił, przekonany, że Bóg stoi po stronie Konfederacji. W pierwszej bitwie pod Bull Run zyskał przydomek Stonewall, kiedy jego oddział stał pod ogniem jak kamienny mur. Potem przepędził federalnych z doliny Shenandoah – spichlerza Konfedracji – ratując Południe przed wzięciem głodem. Tym razem zadanie z pozoru było prostsze. Konfederaci mieli po prostu bronić rodzinnej Wirginii przed najazdem troglodytów i groszorobów z Północy. Zadanie tym łatwiejsze, że drogę zagradzała rzeka Rappahannock, którą trzeba było forsować brodami albo saperskimi mostami. Na południe od niej, na obszarze ok. 400 km kw., rozciągało się Wilderness – pokryty gęstymi krzewami i drzewami teren po wyrębie lasów. Łatwy do obrony, a trudny do ataku, ponieważ można się było po nim poruszać zaledwie kilkoma drogami.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
