Teksas w Galicji. Jak Polacy rozpoczęli naftową rewolucję

Teksas w Galicji. Jak Polacy rozpoczęli naftową rewolucję

Dodano: 

„Ropa z szybów waliła dzień i noc – relacjonowała Beata Obertyńska domowe opowieści – a lśniące od brunatnego tłuszczu, obłe jak pędraki cysterny, sunęły bez przerwy ku głównym, kolejowym liniom. Rzadko kiedy w tak krótkim czasie – i to nie na giełdzie i nie przez spadek – dojdzie ktoś do takiego majątku jak mój Ojciec [Wolski – T.S.] i wuj”.

Ale Szczepanowski nie potrafił się skupić wyłącznie na biznesie. Pochłaniała go także działalność publicystyczna i polityczna, był posłem do Sejmu Krajowego i parlamentu austriackiego. Trzeba jednak przyznać, że wszedł w politykę, by bronić interesów galicyjskiego przemysłu naftowego – uważał bowiem, że od jego powodzenia zależy pomyślność kraju.

Tymczasem polskim biznesmenom zagrażała konkurencja sprowadzająca z Kaukazu naftę zabarwioną smołą jako ropę naftową, na którą zresztą nie obowiązywały cła ochronne. Taką nieczystą grę prowadzili m.in. Rothschildowie, właściciele rafinerii w Rijece, jednak rząd austriacki – zapewne pod wpływem lobby nieuczciwych przemysłowców – utrzymał, że nie istnieje sposób na odróżnienie rzekomej ropy naftowej od prawdziwej. W tej sytuacji Szczepanowski zainicjował uwieńczone powodzeniem badania nad metodą pozwalającą ustalenie fałszerstwa. Doprowadził też do obniżenia taryf kolejowych na ropę naftową i jej produkty.

Będąc bardziej wizjonerem niż menedżerem, popadł jednak w długi i musiał sprzedać swoje udziały w Schodnicy. Miał przy tym też ogromnego pecha, gdyż wkrótce po transakcji, która zresztą nie pokryła jego zobowiązań, z szybu „Jakób” obficie trysnęła ropa…

Czytaj też:
Premier ze Lwowa

Część aktywów naftowych Szczepanowskiego przejęli Wolski i Odrzywolski. A gdy biznesmen ponownie wpadł w poważne długi, solidarnie zaangażowali w ich spłatę własne majątki. Zrobili to z wdzięczności dla swojego mistrza i byłego wspólnika.

Borysław – polska Pensylwania

Kolejny gwałtowny skok w eksploatacji ropy naftowej nastąpił po odkryciu bogatych zasobów w Borysławiu. Wprawdzie dotychczas miejscowość bardziej była znana z kopalni wosku, jednak już w 1870 roku w okolicy stanęło ponad 4 tysiące szybów. Inna sprawa, że tak naprawdę były to studnie należące do drobnych przedsiębiorców – właścicieli niewielkich działek. Oceniano zresztą, że więcej oni tracą, niż zyskują, gdyż szkodzą „sobie wzajemnie, kupując przyległe wydatnym studniom parcele za bardzo wygórowaną cenę i podsuwając się tak blisko jeden do drugiego, że wzajemnie się obrabowują”. Dlatego „pełno tu tedy szachrajstwa i oszukaństwa, studnie podnoszą się i spadają w cenie jak papiery na giełdzie, a nierozważni spekulanci, oszołomieni nadzieją dorobienia się skarbów, topią częstokroć na polach borysławskich grosz, w pocie czoła przez lat wiele zapracowywany”. Faktycznie, chociaż w okolicach Borysławia były bogate złoża, złote studnie trafiały się nie częściej niż co dziesiątemu posiadaczowi działki.

Mimo to Borysław przyciągał ludzi – przedsiębiorcami byli tam głównie: Żydzi, Francuzi i Anglicy, ale na przełomie wieków XIX i XX zaczęli dołączać do nich także Polacy – na początku kariery Borysławia przeważali „Borsyslauer i drohobytscher Mensche”, zaś później „napłynęło więcej żywiołu polskiego, który jeśli nie w kapitale i zyskach z przemysłu naftowego i w jego przeważnie pozakrajowych siedzibach, to w każdym razie w miejscowej administracji tego przemysłu zdobył przewagę”.

Miasto stało się terenem bezwzględnej rywalizacji przedsiębiorców – miejscem, gdzie znikały hamulce moralne, gdzie nie cofano się przed oszustwem czy nawet zbrodnią. „Niektórzy z borysławsko-drohobyckich bogaczy woskowo-naftowych – wspominał przyszły lider galicyjskich socjalistów Daszyński – byli to łotry spod ciemnej gwiazdy mający niejedno życie na sumieniu i idący po trupach coraz »wyżej« – ku milionom”.

Niedawni potentaci bankrutowali na skutek nieszczęśliwego wypadku lub zmowy konkurentów. Nagle też powstawały ogromne fortuny. Niektórzy dorabiali się majątku, tracili go i ponownie osiągali powodzenie. Podobno gdy żona jednego z potentatów narzekała, iż ten śmierdzi naftą, odparł, że „gdyby on nie śmierdział, ona by nie pachniała”.

Dzieje Borysławia notowały przypadki zadziwiających karier w stylu od pucybuta do milionera. Na przykład jeden z późniejszych potentatów przybył do miasta furmanką, na której zmieścił cały swój dobytek. Karierę rozpoczął od kradzieży i morderstwa, po kolei usuwał najstarszych pracowników (zbyt dużo wiedzieli), szybko doszedł do poważnych pieniędzy i w bezwzględny sposób powiększał swój majątek. Życie zakończył jako bogaty przedsiębiorca – właściciel wielu szybów, destylarni ropy i kopalni wosku ziemnego.

Do legendy przeszła też historia błyskawicznie wzbogaconego ukraińskiego chłopa, który zapragnął się udać do Rzymu, by poznać samego otca światoho. Zaangażowany w tym celu adwokat okazał się jednak nieuczciwy – za solidną opłatą zainscenizował spotkanie z rzekomym papieżem… w pewnym austriackim mieście. Uszczęśliwiony chłop wrócił do domu z szatami podarowanymi przez „ojca świętego” i odtąd dumnie w nich paradował.

(…)