Porwanie Stanisława Augusta. Dworzanie zaczęli już szukać ciała króla

Porwanie Stanisława Augusta. Dworzanie zaczęli już szukać ciała króla

Dodano: 

Stanisława Augusta otoczyli porywacze, w zamieszaniu raniąc go szablą w głowę – na szczęście niegroźnie. Większość zamachowców zniknęła w zaułkach Warszawy, a z monarchą pozostało tylko 10 ludzi, którzy ruszyli na północ. Podczas przechodzenia przez wały miejskie królewski koń złamał nogę, a Stanisław August utopił futro i jeden ze swoich butów. Dalsza ucieczka odbywała się pieszo i coraz mniej sprawnie. Kolejni spiskowcy odłączali się od grupy – czy to dostając rozkazy od przywódcy, czy to dezerterując – ostatecznie przy królu pozostał tylko ich przywódca, Jan Kuźma.

Stanisław August rozpoczął rozmowę ze swoim porywaczem. Stała się rzecz wyjątkowa: monarcha przekonał go, aby porzucił swoje niecne plany i przysiągł wierność królowi. W najlepszej komitywie obaj zawrócili do miasta i znaleźli schronienie w jednym z młynów na podwarszawskim Marymoncie.

Happy end

Wieści o porwaniu króla – i jego bezpiecznym powrocie – błyskawicznie rozniosły się po całej Polsce. I chociaż sytuacja międzynarodowa jeszcze przez kilka lat była niewyjaśniona, to konfederacja barska była w Polsce skończona. Król jest pomazańcem Bożym – zamach na króla jest największą zbrodnią, jaką człowiek może sobie wyobrazić. Szczęśliwy powrót Stanisława Augusta – pomimo ranionej głowy i przestrzelonego futra, odzyskanego z błotnistej fosy – najlepiej świadczy o opiece Opatrzności. Od konfederatów odsunęło się polskie społeczeństwo i zdystansowali się zagraniczni sojusznicy.

Portret Stanisława Augusta Poniatowskiego w stroju koronacyjnym, fragment obrazu Marcello Bacciarellego z 1768 r.

W czerwcu 1772 r. rozpoczął się proces porywaczy. Materiałem dowodowym były królewska relacja oraz korespondencyjne zeznania Jana Kuźmy oraz Stanisława Strawińskiego. Na śmierć zostali zaocznie skazani prowodyrzy zamachu oraz dwaj porywacze, którzy czynnie podnieśli rękę na monarchę. Ich kaźni przyglądało się ponoć 20 tys. widzów, a po ich egzekucji „ręce obydwie po śmierci ucięte i odłożone na bok, dla zawieszenia na palach przy gościńcach publicznych, kadłub zaś sam poćwiartowany i na stos, przez milicję otoczony, wraz z głową wrzucony i podpalony być ma”.

Kazimierz Pułaski – ogłoszony prowodyrem porwania – również został skazany na śmierć i musiał ratować się ucieczką na koniec świata, do Ameryki, gdzie zginął. W ten sposób król pozbył się najzdolniejszego dowódcy wojskowego konfederacji. Monarcha uzyskał też – dzięki nieudanemu porwaniu – wiele innych korzyści. Przede wszystkim uratował swój tron, choć kosztem utraty ziem Rzeczypospolitej. Dlatego niemal od razu rozpoczęły się plotki o tym, że cały zamach był królewską prowokacją. Dwieście lat później wątpliwości te spisał Jerzy Łojek.

Czytaj też:
Bracia targowiczanie. Rzeczpospolita nie znała dla nich litości

Całą aferę znamy z relacji króla oraz „świadków koronnych”, z których najważniejszy – Jan Kuźma – pobierał do końca życia wysoką pensję od króla i jego spadkobierców. Został skazany na banicję, ale mieszkanie w Italii na koszt króla można uznać za wspaniałe zwieńczenie kariery wołyńskiego chłopa. Stanisław Strawiński – którego zeznania powiązały zamachowców z Kazimierzem Pułaskim – bywał z kolei królewskim gościem jeszcze przed zamachem i dostawał wówczas pomoc finansową.

Rana na głowie monarchy – rzekomo odniesiona w noc porwania – nie była świeża, otrzymał ją wcześniej, najprawdopodobniej podczas nieudanych romansów z żoną pewnego hajduka. Gdy zdradzany mąż dowiedział się, kogo obił w ciemnościach sypialni, musiał żyć ze świadomością narażenia się królowi. Żył krótko – hajdukiem tym był Jerzy Butzau, bohatersko poległy w obronie króla. Uwagę zwraca również rezygnacja z eskorty wojskowej oraz wyroki losu: zamachowcy mieli szczęście, znajdując się na stanowiskach podczas krótkiej królewskiej podróży, a król miał szczęście, że wszyscy zamachowcy opuścili Jana Kuźmę.

Teoria o prowokacji królewskiej prezentuje się ładnie, ale jedynie z odległej perspektywy. W porwanie zaangażowanych było bowiem wielu uczestników i nie można było zagwarantować, że nie zamieni się ono w przypadkową egzekucję. Stanisław August nie był na tyle odważny, aby ryzykować swoje życie...

Artykuł został opublikowany w 7/2020 wydaniu miesięcznika Historia Do Rzeczy.