Polacy w sowieckich łagrach. Wspomnienia z „nieludzkiej ziemi”

Polacy w sowieckich łagrach. Wspomnienia z „nieludzkiej ziemi”

Dodano: 
Kopalnia złota w łagrze na Kołymie
Kopalnia złota w łagrze na Kołymie Źródło: Wikimedia Commons
Kołyma. To słowo wywoływało przerażenie. Wyjazd na Kołymę oznaczał praktycznie wyrok śmierci. Niektórym udało się wrócić z „nieludzkiej ziemi”. Ich wspomnienia, w dużej mierze wcześniej niepublikowane, zebrał Sebastian Warlikowski.

Praca przerywana była dopiero wtedy, kiedy temperatura spadła poniżej - 54 stopni Celsjusza. Ludzie byli źle ubrani, głodni i wycieńczeni katorżniczą pracą. Jak pisał Herling-Grudziński: Kołyma była tym, czym w niemieckich obozach krematorium. Z tą różnicą, że na Kołymie śmierć zadawano dużo wolniej.

Książka Sebastiana Warlikowskiego to zbiór sześciu opowieści ludzi, którzy przeżyli sowiecką katorgę na Kołymie. Kołyma to zwyczajowa nazwa zespołu obozów pracy przymusowej (gułagów), które znajdowały się w dorzeczu rzeki Kołymy na północnym-wschodzie Związku Sowieckiego. Obozy zaczęły powstawać tam na początku lat 30., wraz z odkryciem na tych terenach złóż złota, węgla i platyny. Dokładna liczba osób, które zmarły z powodu chorób, zimna i wykańczającej pracy w obozach na Kołymie nie jest znana. Szacunki są bardzo rozbieżne i wskazują na od 1,6 mln do 4 mln ofiar.

Sowieckie więzienia i łagry

- wspomnienia Stanisława Kowalskiego

Obóz mieścił się na drugim końcu miasta, ale niezbyt daleko od łaźni. Pierwsze wrażenie, jakie odnieśliśmy na widok krajobrazu, nastroiło nas minorowo. Obraz, jaki przedstawił się naszym oczom był podobny do obrazów widzianych w filmach o Frankensteinie. Oprócz kilku domów na wybrzeżu nie było widać innego życia. Góry o nagich szczytach, zbocza pokryte karłowatymi krzakami, w większości zeschniętymi, na północnych zboczach leżał jeszcze śnieg, który chyba nigdy jeszcze nie stajał.

Kołyma – lokalizacja w południowo-wschodniej części ZSRS

W porcie i łaźni widziało się masę pracujących więźniów, których wygląd nie wzbudzał nadziei na polepszenie się naszego bytu. Łagier, do którego weszliśmy, był to obóz tranzytowy. Przy wejściu wydano nam kartki na zupę i zaprowadzono nas do kuchni. Zupę podawano w dużych misach, z których równocześnie miało jeść osiem osób. Należało ustawić się bokiem, tak by jedynie wejść w pierścień rąk ludzkich, następnie po kolei czerpać łyżkami strawę.

Do spania wyznaczono nam barak, w którym ustawiono piętrowo prycze. Po podróży w okręcie, spanie na deskach we względnej wygodzie było dla nas komfortem. Odszukaliśmy tam resztę Buczaczan i wszyscy ułożyliśmy się na jednej pryczy. Nie wszyscy byli zdrowi. Byli wśród nas tacy, którzy o zmroku niczego nie widzieli lub tacy, którzy mieli początki awitaminozy.

W Magdanie [stolica okręgu] pozostaliśmy do 4 sierpnia, pracując w międzyczasie w mieście przy nowo budowanych barakach lub w porcie przy kopaniu rowów (…). 4 sierpnia wysłano nas wozem ciężarowym (50 osób) do obozu pracy. Podróż po drogach przeoranych traktorami, w ścisku, każdy był gnieciony i gniótł innych kolanami, była szalenie męcząca.

Jechaliśmy przez kraj zupełnie pusty, o ubogiej florze (…). Jedynym urozmaiceniem i oznaką życia ludzkiego były łagry spotykane co kilkadziesiąt kilometrów. W ciągu doby zrobiliśmy około 400 kilometrów w kierunku północno-zachodnim. Rano następnego dnia dojechaliśmy do jakiejś rzeczki, na której nie było mostu. Od tego miejsca musieliśmy iść na piechotę do obozu. Szliśmy powoli odpoczywając co godzinę. Bojec, który nas konwojował był wyjątkowo ludzki i nie gonił nas do marszu. Od wyjazdu z Magdanu nie dostaliśmy żadnej żywności, byliśmy więc bardzo głodni (…).

Pozostałości po łagrze na Kołymie

O zmierzchu dotarliśmy w końcu do obozu. Dano nam kolację, która składała się z zupy owsianej i chleba. Następnie wyznaczono nam barak bez pryczy i dachu. Nie była to jeszcze pora deszczowa, więc spanie na podłodze pomiędzy czterema ścianami było możliwe.

Następnego dnia pozwolono nam odpocząć. Miałem więc okazję do oglądnięcia tego obozu. Właściwie nie było wiele do oglądania. Był to nowy, założony przed dwoma laty obóz, nazywał się PRYSK „Pionier”. Składał się z trzech baraków, wszystkie bez dachów. Dwa z nich były barakami mieszkalnymi dla starych więźniów, w których były pobudowane prycze, postawiono piecyk na środku i pokryto dachy korą drzewną lub gałęziami. Nie chroniło to przed deszczem, który padał niewiele razy w ciągu roku, natomiast zatrzymywało śnieg i on tworzył właściwie dach w czasie zimy (…). Cały obóz otoczony był drutem, a na rogach ustawiono strażnice dla wartowników (…).

Rzadko zdarzało się, aby ktoś odsiedział swoją karę. Niewielu było takich, którzy przetrwali dwa lata. Co roku stan więźniów zmniejszał się o połowę w ciągu zimy, co uzupełniano wiosną świeżymi transportami. Tak więc człowiek skazany na pracę w tym kraju mógł się uważać za skazanego na powolną śmierć z głodu i zimna. Więźniów karmiono fatalnie. Głównym pożywieniem był owies, z którego gotowano zupę i kaszę (…). Mrozy sięgały -70 stopni Celsjusza. Opowiadano mi, że więźniowie zamarzali siedząc przy ogniu. Wielu natomiast odmrażało ręce i nogi w takim stopniu, że musiano im je amputować. Takich zbierało się co roku około tysiąca i wywożono ich do łagrów w południowej części Sybiru, by odbywali dalszą karę.

Powyższy fragment pochodzi z książki Sebastiana Warlikowskiego pt. „Polacy w sowieckich łagrach. Nie tylko Kołyma” wydanej przez wydawnictwo Zona Zero.

Polacy w sowieckich łagrach. Nie tylko Kołyma

Czytaj też:
Operacja „Trust”. Infiltracja polskich służb przez sowiecki wywiad
Czytaj też:
Historyczne archiwum X. Tajemnicze zgony znanych Polaków