Ilu było Polaków 1000 lat temu
  • Maciej RosalakAutor:Maciej Rosalak

Ilu było Polaków 1000 lat temu

Dodano: 

Ideologia waresko-fińsko-tatarsko-prawosławnej Moskwy wyznaczała trzy kierunki ekspansji znacznie ważniejsze od podboju Syberii i Dalekiego Wschodu. Na północny zachód – do wybrzeży Bałtyku, stąd konflikt z państwem litewsko-polskim i ze Szwecją. Na południowy zachód – aby zdobyć „Carogród”, czyli Konstantynopol, co sprowokowało liczne wojny z Turcją, a zakończyło się odebraniem jej Krymu i wybrzeży Morza Czarnego oraz Zakaukazia. Wreszcie – wprost na zachód. Już w XV w. rozpoczęły się najazdy moskiewskie na Litwę, a w połowie XVI w. Iwan IV Groźny mianował się carem Wszechrusi i potwierdził, że Moskwa z ziem „małoruskich” (czyli ukrainnych) oraz białoruskich nigdy nie zrezygnuje. Dokonało się to ostatecznie w 1793 r., a w 1795 polsko-litewski konkurent w ogóle zniknął z mapy Europy na 123 lata.

Imperialne podboje stanowiły główne źródło powiększania terytorium i – co za tym idzie – liczby mieszkańców. Oto dane: w 1762 r. państwo rosyjskie liczy 21,2 mln mieszkańców. 20 lat później – już po I rozbiorze Rzeczypospolitej, ale rok przed aneksją Krymu – Katarzyna II ma 26 mln poddanych. Natomiast w 1796 r. caryca umiera w poczuciu wypełnienia misji dziejowej, a jej państwo – utuczone Wielkim Księstwem Litewskim, Ukrainą i Wołyniem – liczy ponad 41 mln ludzi. W 1835 r. Rosja – od 20 lat również z centralną Polską – ma ponad 63 mln mieszkańców. W drugiej połowie XIX w. cała Europa – a Rosja i ziemie polskie jak najbardziej – przeżywa niebywały wzrost demograficzny, spowodowany przede wszystkim rozwojem gospodarczym, lepszymi w sumie warunkami bytu, spadkiem umieralności dzieci i kobiet w połogu oraz wydłużeniem średniej długości życia. Jednak Rosja – jak to Rosja – właśnie wtedy ujarzmiła cały późniejszy sowiecki Środkowy Wschód aż do granicy afgańskiej.

I oto w 1897 r. wspomniany spis powszechny daje wynik: 125 640 021 mieszkańców.

Czytaj też:
Rosja zbudowała imperium dzięki podbojowi Syberii

W tym Rosjan było ponad 55,6 mln, Ukraińców – prawie 22,4 mln, ludów tureckich i tatarskich – niemal 13,4 mln, Polaków – ponad 7,9 mln, Białorusinów – około 5,9 mln, Żydów – 5 mln, a ludów fińskojęzycznych – 3,5 mln. Liczba innych mniejszości narodowych nie przekraczała 2 mln. Uważa się, że podane oficjalnie liczby dotyczące mniejszości – a zwłaszcza Polaków – są zaniżone. Daje do myślenia 11 mln osób wyznania rzymskokatolickiego (podaję za Michaiłem Hellerem). Nawet jeśli do liczby Polaków dodamy Litwinów (1,2 mln) i Żmudzinów (0,5 mln), otrzymamy wynik ledwie przekraczający 9,5 mln. A przecież nie wszyscy Polacy, Litwini i Żmudzini byli katolikami; od czasów reformacji byli wśród nich dość liczni protestanci. Natomiast innych nacji wyznających powszechnie katolicyzm próżno w Rosji szukać, a wyznanie greckokatolickie było zabronione przez carat od 1839 r…

Liczbę Polaków pod trzema zaborami w 1911 r. ocenia się na ponad 22 mln. 10 lat później w wolnej Polsce – jak wynika z pierwszego w II RP spisu powszechnego – wszystkich mieszkańców było 5 mln więcej, ale Polacy stanowili tylko niespełna 70 proc. z nich, co daje liczbę 18,9 mln osób deklarujących polską narodowość. Ponad 3 mln mniej niż przed dziesięcioleciem… To efekt strat w I wojnie oraz w wojnach o granice, deportacji około 800 tys. ludzi z Królestwa Polskiego w głąb Rosji, bolszewickich zbrodni, biedy i epidemii, pozostania blisko 2 mln rodaków poza granicami państwa polskiego, zwłaszcza na dalekich Kresach Wschodnich. Tuż przed II wojną światową liczba ludności Polski osiągnęła 35 mln, w tym Polaków było ponad 24 mln.

II wojna pochłonęła życie około 3 mln Żydów polskich i prawdopodobnie niewielu mniej Polaków oraz pozostawiła poza granicami przyszłej PRL kolejne setki tysięcy rodaków (zapewne blisko miliona w samym ZSRS). Liczba mieszkańców w 1946 r. wynosiła wraz z mniejszościami narodowymi 23,9 mln. W 1950 r. przekroczyła 25 mln, w 1960 r. wynosiła 29,7 mln, w 1970 – 32,6 mln, w 1978 – 35,0 mln, 1988 – 37,8 mln, 1990 – 38,1 mln. I oto smutna konstatacja: o ile za czasów PRL liczba ludności Polski wzrastała skokowo – od boomu demograficznego w zdemolowanym kraju na przełomie lat 40. i 50. poczynając – o tyle w ciągu ponad ćwierćwiecza po zmianie ustroju wzrosła w sposób niezauważalny. Pod tym względem, owszem, dorównaliśmy krajom zachodnim. Ktoś powie: otwarcie granic, wyjazdy zarobkowe… Jednak liczymy jako osoby mieszkające w kraju jakieś 2 mln rodaków, którzy wyjechali, nie wracają, lecz się nie wymeldowali, co zauważają urzędnicy w gminach. Co z tym robimy – to już zagadnienie nie na materiał historyczny.

Rusini nie z Moskwy

Natomiast liczbę ludności na ziemiach polskich i sąsiednich przed tysiącem lat możemy określić tylko szacunkowo. Wyliczenia opiera się zwykle na założeniu, ilu ludzi – średnio – w ówczesnym systemie agrarnym danego obszaru mogło się wyżywić z 1 km kw. Dla państwa Piastów dawałoby to około miliona mieszkańców – już z Małopolską i ze Śląskiem. Taki wynik – za Gerardem Labudą – podaje Andrzej Nowak w najnowszej syntezie dziejów średniowiecznej Polski. Niekiedy jednak, podważając ocenę Labudy, przytacza się wyższe liczby, sięgające 1,2, a nawet 2 mln mieszkańców. Zachowajmy jednak cyfry podane przez prof. Nowaka, aby – niezależnie od liczb bezwzględnych – konsekwentnie ująć proporcje potencjałów ludnościowych innych krajów europejskich. Zachowując wartości najwyższe, wyniki są następujące: Ruś – 7 mln mieszkańców, Niemcy – 5 mln, Czechy – 600 tys., Węgry – 600 tys., Italia – 7 mln, Francja – 9 mln, Brytania – 2,5 mln, Chiny – 80 mln.

A teraz zestawmy to z dzisiejszą liczbą mieszkańców tych krajów: Polska – 38 mln, „Ruś” (a więc Rosja + Ukraina + Białoruś) – 194,5 mln, Niemcy – 80 mln, Czechy – 10 mln, Węgry – 10 mln, Italia – 61 mln, Francja – 65 mln, Brytania – 63 mln, Chiny – 1 mld 350 mln. No i zobaczmy, jak zmieniły się w ciągu tysiąclecia proporcje (w nawiasie podaję stan z 2015 r.): mieszkańców Rusi było 7 razy więcej (obecnie 5 razy), Niemiec 5 razy więcej (dziś 2,1 razy), mieszkańców Czech – a także Węgier – było 0,6 proc. liczby naszej ludności (obecnie po 0,4), Italii 7 razy (dziś około 1,6 razy), Francji 9 razy (dziś około 1,7 razy), Brytanii 2,5 razy (dziś, powiedzmy, 1,7 razy) i wreszcie mieszkańców Chin było 80 razy więcej niż nas (dziś „tylko” 45 razy).

Wynika z tych liczb, że w porównaniu ze wszystkimi innymi wymienionymi krajami Europy, oraz z chińskim molochem, mieszkańców Polski jest wyraźnie więcej. Skłania to oczywiście do zadania pytania, jak to się stało? Jak to w ogóle jest możliwe, aby – po utracie Śląska w średniowieczu, po niszczących wojnach kozackich, najazdach tatarskich, moskiewskich i szwedzkich w XVII w., po trwających ponad wiek zaborach z intensywną germanizacją i rusyfikacją oraz represjach popowstaniowych, po walcu obu wojen światowych, jakie przetoczyły się przez nasze ziemie, a zwłaszcza po masowych mordach dokonywanych przez obu okupantów – nasz naród nie tylko przetrwał, lecz także umocnił swój ludnościowy status? Specjalne pytanie chciałoby się skierować do krytyków „Polski jagiellońskiej”, która rzekomo rozmyła narodowy potencjał „Polski piastowskiej”. Czy naprawdę państwo ograniczone do dorzecza Wisły i Warty (bo przecież od XIV w. nawet nie Odry) gwarantowało większy rozwój Polsce i Polakom?

Słynne określenie „uparte trwanie polskości” obejmuje nie tylko zachowanie języka, wiary, tradycji i wszystkiego, co składa się na tożsamość narodową. Obejmuje nie tylko wytężoną pracę organiczną, której patrioci bynajmniej nie przeciwstawiali próbom zbrojnego odzyskania wolności, ale imali się – wedle potrzeby, tak jak Bolesław Prus i Adolf Dygasiński – jednego i drugiego. Spójrzmy, jak liczne w poprzednich wiekach były rodziny, zwłaszcza na Kresach Wschodnich. Maria z domu Billewiczówna urodziła Józefowi Wincentemu Piłsudskiemu 12 dzieci, a w 1867 r. między nimi „Ziuka”, późniejszego naczelnika niepodległego państwa. Żywioł polski odradzał się po powstaniach dosłownie…

Jednak opór przeciw Moskwie był możliwy przede wszystkim dzięki tym czterem stuleciom istnienia wcześniej Polski Jagiellonów i Rzeczypospolitej. Pozostawiły one niezatarty ślad łacińskiej kultury – i w krajobrazie, i w umysłach miejscowych Rusinów. Nawet nie chodzi o to, ilu z nich się całkowicie spolonizowało, zwłaszcza wśród elit. Oto jakby w genetycznej pamięci mieszkańców Białorusi i Ukrainy powstał ślad innej wspólnoty, opartej na innych zasadach niż wielkoruskie samodzierżawie, złożonej ze świadomych narodów. Skutki widać nadal, nawet coraz wyraźniej, mimo półtora wieku caratu i trzech czwartych wieku bolszewii. Może więc nie liczmy, ilu jest łącznie, jak we wczesnym średniowieczu, „Rusinów”. Może porównajmy inaczej: my (Polacy + Ukraińcy + Białorusini + Litwini) i oni (Rosjanie). Wyjdzie nam, jak obszył, 100 do 140 mln. Proporcje jak z czasów Rzeczypospolitej (11 mln) i Moskwy (15 mln).

Artykuł został opublikowany w 7/2016 wydaniu miesięcznika Historia Do Rzeczy.