Więcej Polaków wymordowano tylko w Powstaniu Warszawskim. Ludobójczy rozkaz nr 00485

Więcej Polaków wymordowano tylko w Powstaniu Warszawskim. Ludobójczy rozkaz nr 00485

Dodano: 

Organizacja ta miała swój udział w zwycięstwie w 1920 r., gdy błędy Stalina przyczyniły się do klęski bolszewików. Oskarżając innych o przynależność do POW, Stalin chciał po prostu przepisać historię wojny 1920 r. na nowo, pokazać, że przegrana wynikała przede wszystkim z działalności polskich szpiegów udających gorliwych komunistów. Mam wielkie wątpliwości, czy Feliks Dzierżyński, mający tyle zasług dla bolszewików, przeżyłby operację polską.

Oczywiście polski wywiad miał w drugiej połowie lat 30. swoich agentów wśród Polaków mieszkających w Sowietach, ale to zagrożenie szpiegowskie było absurdalnie wyolbrzymione przez aparat terroru. Według skrupulatnie prowadzonych przez NKWD szacunków polskich szpiegów było w ZSRS 101 965. Mieli oni opanować właściwie wszystkie instytucje: od Biura Politycznego przez wojsko aż do żłobków.

Stalin wierzył w te spiski?

Był przede wszystkim pragmatykiem. Pragmatyzm dyktował mu konieczność wiary w te brednie. Równocześnie jednak wiedział, że trzeba rzeczywistość mocno podkolorować, żeby pogrążyć kraj w terrorze. O ile Stalin wierzył, że Tuchaczewski był agentem polskim, o tyle na pewno nie dawał wiary w to, że był on równocześnie agentem japońskim.

Stalin najpewniej sam nie podejrzewał, że ta operacja pociągnie za sobą tyle ofiar. Początkowo bowiem operację polską planowano na trzy miesiące. To miało być niewielkie upuszczenie krwi. Potem przedłużano ją sukcesywnie o dwa miesiące. Skończyło się na 14 miesiącach prawdziwej rzezi.

Sowiecka machina terroru nabrała takich obrotów w wymyślaniu zbrodni, jakich mieli się dopuszczać Polacy, że ciężko było ją „wyłączyć”. Regionalne oddziały NKWD prowadziły zażarte współzawodnictwo w wykrywaniu polskich szpiegów. Brak tych szpiegów oznaczał w oczach Stalina i Jeżowa nie dobrą robotę lokalnych NKWD, lecz ich niezdolność do wykonania rozkazów.

Ofiary były męczone przed śmiercią?

Skala operacji przeciwko Polakom była tak wielka, że w większości przypadków śledztw nie prowadzono. Każda placówka NKWD miała swoje wytyczne: jedno przesłuchanie lub dwa, wyrok i szybkie rozstrzelanie gdzieś w lesie lub w podziemiach więzienia. Zarówno wtedy, jak i w Katyniu strzelano w tył głowy bez ogłoszenia wyroku, ludzie nie wiedzieli, o co chodzi. Rodziny dostawały informację, że ich bliski został skazany na 10 lat łagru bez możliwości korespondencji. Bardzo często czekały latami na powrót ojca, męża, brata, który już dawno leżał w masowej mogile z przestrzeloną czaszką. Niektórzy czekali długie lata.

Torturowano tylko najważniejszych „polskich szpiegów”, m.in. Józefa Unszlichta, w 1920 r. członka Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego w Białymstoku. Z Unszlichta NKWD zrobiło szefa operacji POW w ZSRS. Zachował się dokument, w którym Stalin napisał wyraźnie, żeby Unszlichta „zbito”, ponieważ nie chciał się przyznać do pracy dla polskiego wywiadu.

Mocno pobity został również Konstanty Rokossowski, którego dwukrotnie wyprowadzano na pozorowane rozstrzelanie. Jemu jednak udało się przetrwać. Generalnie, żeby przeżyć, trzeba było się kompletnie upodlić i/lub z jakichś powodów być naprawdę potrzebnym Stalinowi. W taki sposób przeżył m.in. słynny prok. Andrzej Wyszyński i Zofia Dzierżyńska.

Tak duża liczba ofiar sprawiała problemy stalinowskiemu aparatowi terroru?

Czytaj też:
Najstraszniejszy przeciwnik Żołnierzy Wyklętych

Początkowo tak. NKWD-ziści łapali się za głowy, gdy dostali z centrali kwoty Polaków, których trzeba było zabić. Nie wiedzieli, jak się do tego zabrać. Gdy jednak ta machina śmierci na dobre się rozkręciła, można powiedzieć, że aparat NKWD „rozsmakował się” w zbrodni. Szefowie placówek NKWD z terenu pisali do Moskwy, że mają więcej winnych, niż przewidują kwoty, i prosili o przedłużenie operacji. Aresztowani ze strachu podawali nazwiska swoich krewnych i znajomych, którzy również byli potem aresztowani i sami wydawali innych. To było jak kula śnieżna.

Głośna historia to wyszukiwanie przez NKWD-zistów polskich nazwisk w książkach telefonicznych.

Tylko że tam zarejestrowani byli nieliczni Polacy, bo telefon w tamtych czasach był rzadkością. Poza książkami telefonicznymi NKWD-ziści przeglądali też księgi meldunkowe. Polskie nazwisko oznaczało dla noszących je mężczyzn niemal pewną śmierć.

Jak to wszystko oceniał Stalin?

Jak najlepiej. Na marginesie sprawozdania przedstawionego przez Jeżowa Stalin napisał odręcznie: „Bardzo dobrze! Kopcie i czyśćcie ten polsko-szpiegowski brud. Niszczcie go w interesie Związku Sowieckiego”.

Rozkaz 00485 to chyba ewenement na skalę światową?

W pewnym sensie tak. Niemcy po konferencji w Wannsee nie zostawili namacalnego śladu decyzji o wymordowaniu narodu żydowskiego. Natomiast rozkaz 00485 zawiera konkretne liczby: ile osób ma zostać aresztowanych i zabitych. NKWD nie wydało już drugiego takiego rozkazu, wszystkie inne operacje przeciw mniejszościom w ZSRS przeprowadzano na podstawie właśnie tego rozkazu.

Gdy ćwierć wieku temu pisałem swoją pierwszą książkę o życiu Polaków w międzywojennym ZSRS, byłem przekonany, że istnieje dokument, który był wyrokiem śmierci na Polaków. Dlatego, gdy po rozpadzie ZSRS świetny rosyjski historyk Nikita Pietrow wydobył z sowieckich archiwów rozkaz nr 00485, nie byłem bardzo zaskoczony jego istnieniem. Zaskoczyło mnie natomiast to, jak bardzo był szczegółowy – podawał bowiem całą metodologię działania.

Co operacja polska oznaczała dla Kościoła katolickiego w ZSRS?

To paradoksalne, ale w tej operacji najbardziej ucierpiały dwie grupy: polscy komuniści i księża katoliccy. Polscy komuniści praktycznie w całości zostali wymordowani. Żadna grupa narodowościowa w WKP(b), a także żadna partia komunistyczna z III Międzynarodówki nie zostały tak zmasakrowane jak Komunistyczna Partia Polski. Żartowano wówczas, że najbezpieczniejszym miejscem dla polskiego komunisty było polskie więzienie.

Podobnie było z Kościołem katolickim. Wymordowano setki księży, zamknięto wszystkie kościoły, a było ich ponad 500. Prawosławie, judaizm, islam również mocno atakowano, ale nie zniszczono ich w całości. W wyniku operacji polskiej Kościół katolicki został zupełnie zlikwidowany w ZSRS: pozostawiono tylko dwa kościoły dla korpusu dyplomatycznego. Jeden mieścił się w Leningradzie, a drugi w Moskwie.

Co się działo z rodzinami zamordowanych?

Regułą było, że rodzina rozstrzelanego „szpiega” była deportowana. Jeżeli matka też dostawała wyrok, to dzieci zabierano do specjalnie worzonych obozów dla dzieci, w których poddawano je totalnemu praniu mózgu.

Polaków z Marchlewszczyzny zaczęto wysiedlać do Kazachstanu jeszcze w latach 1935–1936. W czasie operacji polskiej wysiedlono całą Dzierżyńszczyznę przeważnie do republiki Komi na Syberii. Dzisiaj na terenie byłej Marchlewszczyzny wciąż żyją Polacy w niektórych wsiach. Są tam nawet szkoły, w których uczy się po polsku. Z kolei obecnie na terenie byłej Dzierżyńszczyzny nawet pamięć o Polakach się nie zachowała, ponieważ polskość zupełnie tam starto.

Jak wyglądała reakcja rządu II RP na to, co się działo z Polakami po drugiej stronie granicy?

Niestety, Polska nie upomniała się dostatecznie głośno o los Polaków zamieszkujących ZSRS. Inna sprawa, że nie było żadnej możliwości, by pomóc tym ludziom.

Wróćmy na koniec do historii Heleny Trybel, z którą spotkał się pan kilka lat temu. Jak operacja polska zniszczyła jej świat?

Helena Trybel opowiedziała mi, jak któregoś dnia w 1937 r. jej ojciec, pracownik administracji polskiej, wrócił z pracy i powiedział: „Od dziś nie jesteśmy więcej Polakami. Jak chcemy żyć, musimy przestać mówić po polsku”. Jej rodzina mieszkała w stolicy Marchlewszczyzny, w Marchlewsku. Niestety, jej ojciec został zamordowany w trakcie operacji polskiej, a wraz z nim zginęło jego dwóch braci. Tak jak wspomniałem, regułą było, że cała rodzina „szpiega” była potem deportowana na wschód. Tak też stało się z rodziną pani Trybel.

Miała żal za brak pamięci?

Tak, pani Trybel wyraziła ogromny żal, że na całym świecie nie ma żadnego pomnika ofiar operacji polskiej z prawdziwego zdarzenia. Pomnik katyński jest nawet w Kanadzie, a tymczasem jedynym „pomnikiem” ofiar operacji polskiej jest brzozowy krzyż na cmentarzu w Dołbyszu (wcześniej Marchlewsku).

Ofiary zbrodni katyńskiej miały rodziny, które zostały w Polsce i do dziś dbają o pamięć o swoich bliskich. Niestety, o ofiarach operacji polskiej nie było komu mówić. Dlatego to tak ważne, by postawić w końcu w Warszawie pomnik ku pamięci wszystkich zamordowanych Polaków w czasie wielkiego terroru. To święty obowiązek dzisiejszego pokolenia Polaków.

Artykuł został opublikowany w 4/2017 wydaniu miesięcznika Historia Do Rzeczy.