Strzały pod Hiltonem
  • Piotr WłoczykAutor:Piotr Włoczyk

Strzały pod Hiltonem

Dodano: 
Ronald Reagan, prezydent USA
Ronald Reagan, prezydent USA Źródło: Wikimedia Commons
Strzały w waszyngtońskim hotelu Hilton, w którym przebywał Donald Trump, przypomniały Amerykanom o zamachu na innego prezydenta USA, do którego doszło w tym samym miejscu. O tych dramatycznych chwilach opowiedział mi szef ochrony Reagana – Jerry Parr – który uratował mu wtedy życie.

Świeżo upieczony prezydent USA (sprawował urząd dopiero 70 dni) 30 marca 1981 r. wygłosił w waszyngtońskim hotelu Hilton przemówienie do związkowców. Gdy wychodził z budynku, 26-letni John Hinckley jr oddał w jego kierunku sześć strzałów. Trafił trzy osoby znajdujące się tuż obok prezydenta: policjanta zabezpieczającego wizytę, sekretarza prasowego Białego Domu, a także funkcjonariusza Secret Service, który zasłaniał Reagana.

– Gdy wyszliśmy z hotelu, byłem dosłownie krok za prezydentem. Tylko kilka metrów dzieliło nas od limuzyny. Jeden z agentów czekał już na nas przy otwartych drzwiach. Wreszcie, jakieś dwa metry od auta, usłyszałem pierwszy z sześciu strzałów. Zanim zdołałem cokolwiek pomyśleć, odezwała się moja pamięć mięśniowa, którą każdy funkcjonariusz wyrabia w sobie latami treningów. Agenci ochrony są tak szkoleni, że sam dźwięk wystrzału powoduje natychmiastową i automatyczną realizację procedury, na którą składają się tylko dwa elementy – zakrycie i ewakuacja prezydenta. Gdy tylko usłyszałem trzask zamykanych drzwi, kazałem kierowcy jak najszybciej zabrać nas spod hotelu – mówił przed laty w rozmowie ze mną Jerry Parr (1930–2015), oficer Secret Service, który w tamtym czasie był szefem ochrony Ronalda Reagana.

Artykuł został opublikowany w najnowszym wydaniu tygodnika Do Rzeczy.