W czasie, kiedy świat świętował zakończenie wojny, Polska, jak i wiele innych krajów na wschodzie Europy znajdowała się już pod kolejną okupacją. Od 1944 roku sowieckie NKWD oraz „polski” Urząd Bezpieczeństwa polowali na wszystkich ludzi związanych z podziemiem niepodległościowym. Wielu z nich zabijano od razu, innych wsadzano do więzień czy obozów, gdzie czekali na wyroki albo na wywózkę w głąb Związku Sowieckiego. Jednym z takich miejsc (jednym z kilkuset na mapie ówczesnej Polski) był specjalny obóz NKWD nr 10 w Rembertowie.
Obóz powstał we wrześniu 1944 roku. Rosjanie utworzyli go w budynkach przedwojennych Zakładów Amunicyjnych „Pocisk”. W czasie okupacji niemieckiej przetrzymywano tam jeńców sowieckich, później znajdował się tam obóz pracy dla Polaków. Teren obozu otaczały dwa rzędy drutu kolczastego, ustawiono wieże wartownicze. Warunki w obozie były bardzo ciężkie: więźniowie głodowali, przesłuchiwano ich i torturowano. Wiadomo, że wiele osób zmarło z wycieńczenia w trakcie pobytu w obozie, nie ma jednak danych, ani dokładnych liczb. W ciągu pierwszych dziesięciu miesięcy istnienia obozu „przewinęło się” przez niego nawet 8 tysięcy więźniów. Wśród nich byli m.in. gen. August Emil Fieldorf „Nil”, zastępca ostatniego Komendanta Głównego AK czy ppłk Stefan Górnisiewicz, szef oddziału kwatermistrzowskiego Komendy Głównej AK. Fieldorf przebywał w obozie pod fałszywym nazwiskiem Walentego Gdanickiego. Nierozpoznany znajdował się w rembertowskim obozie do 21 marca, a potem został wywieziony do łagrów.
Akcja „Młota”
„Pomysł uwolnienia Polaków więzionych w rembertowskim obozie zrodził się w komendzie Obwodu Mińsk Mazowiecki AK »Mewa-Kamień«. Dowódca obwodu, kpt. Walenty Suda »Młot«, wspominając po wielu latach tamto wydarzenie, stwierdził: »To ja poleciłem przygotowanie i wykonanie akcji odbicia więźniów z obozu w Rembertowie. Rozpoznanie obozu przeprowadzone było znacznie wcześniej, przed przystąpieniem do planowania akcji«. Przygotowaniami kierowali ppor. Edward Świderski »Wicher« i ppor. Edward Wasilewski »Wichura«, którzy musieli wziąć pod uwagę m.in. to, jakie są codzienne zachowania Rosjan, ile jest posterunków, jak są zabezpieczone bramy, jak rozstawione baraki i wartownie. »Dostałem zadanie rozpracowania położenia obozu, rozmieszczenia poszczególnych posterunków, bez wyraźnego określenia celu, w jakim te informacje mam zbierać – mówi jeden z uczestników akcji. – Moje rozpoznanie trwało od (...) drugiej połowy stycznia do drugiej połowy maja. (...) w tym czasie mieszkałem w domu przy ulicy Księdza Botkiewicza. Pod pozorem spacerów z narzeczoną dokonywałem obserwacji terenu«”. – pisze Artur Cegiełka w tekście „Rozbicie obozu NKWD” („Biuletyn IPN” nr 4/2009).
Walenty Suda „Młot” i jego ludzie mieli informacje, że Sowieci planują wywieźć z więźniów z obozu 25 maja. Ponadto sądzili, że w obozie więziony jest były komendant Obwodu „Mewa-Kamień”, czyli Ludwik Wolański „Lubicz”, lecz później okazało się jednak, że został on zamordowany już w grudniu 1944 roku. Przede wszystkim jednak głównym celem akowców było uwolnienie więźniów zanim Sowieci zaczną „opróżniać” obóz.
„Młot” przekazał informacje o planowanej akcji do więźniów obozu. Udało mu się dostarczyć wiadomość byłemu komendantowi Ośrodka IV Obwodu Mińsk Mazowiecki AK „Mewa-Kamień”, Stanisławowi Maciejewskiemu ps. Kożuszek, który był wśród więźniów. On ostrzegł innych, zaufanych ludzi trzymanych w obozie.
Pewne sygnały o możliwej akcji polskiego podziemia dotarły również do kierownictwa obozu. Zaostrzono straże, więźniów pilnowano jeszcze pilniej niż zazwyczaj.
Rozbicie obozu
Na czele oddziału, który miał zaatakować obóz w Rembertowie i uwolnić więźniów, stanął ppor. Edward Wasilewski „Wichura”, który otrzymał wsparcie ludzi z IV Ośrodka pod dowództwem ppor. Edwarda Świderskiego ps. Wicher. Oddział atakujący obóz liczył 44 żołnierzy.
Akcja rozpoczęła się w nocy z 20 na 21 maja 1945 roku około godziny 1:00. „Wichura” dał gwizdkiem sygnał do rozpoczęcia akcji. Partyzanci rozbili bramę i weszli do środka. Szybko opanowali budynek, w którym znajdowała się kwatera komendanta obozu, a następnie wyważyli wewnętrzną bramę i weszli do obozu kierując się w stronę baraków. Cały czas akowcy byli ostrzeliwani przez strażników, którzy do ataku używali też granatów. Polakom udało się mimo to przedostać do więziennych cel, które zaczęto po kolei otwierać.
„W nocy wpadli chłopcy z lasu do obozu, odryglowując każdą celę, wypuścili nas, wołając: jesteście wolni, uciekać, śpieszyć się, bo mało czasu!” – relacjonowała po uwolnieniu jedna z więźniarek Specjalnego Obozu NKWD Nr 10 w Rembertowie.
Żołnierze otwierali cele i krzyczeli, aby ludzie uciekali. Wielu jednak bało się prowokacji; początkowo nikt nie chciał wyjść. Dopiero po chwili pierwsi więźniowie zaczęli opuszczać cele. Niestety, nie wszystkim udało się uciec. Niektórzy byli zbyt słabi, aby uciekać, inni bali się represji, które spadłyby na ich rodziny. W sumie polscy partyzanci uwolnili około 500 osób (podawane są różne liczby od 400 do 550 osób). W czasie akcji zgięło do kilkunastu sowieckich funkcjonariuszy, zaś kilku partyzantów zostało rannych.
Za uciekinierami od razu ruszył pościg. Sowieci przeprowadzili obławy, w czasie których wyłapali około 200 osób. Sprowadzono ich z powrotem do obozu, bito, torturowano.
Dwa miesiące później obóz w Rembertowie zamknięto, a jego „rolę” przejął obóz w Poznaniu. Akcja „Wichury" pozostaje jedyną operacją obozu niepodległościowego zakończoną pełnym sukcesem, w czasie której rozbito obóz NKWD na terytorium Polski.
Czytaj też:
Po pijaku. Jak Armia Czerwona "wyzwalała" PolskęCzytaj też:
Wyjątkowa odwaga młodych ludzi. Za obronę polskości brutalnie ich zbitoCzytaj też:
Święty bolszewik z Wilna
