Święcenie noży. "To nie jest książka dla wielbicieli taniego pojednania"

Święcenie noży. "To nie jest książka dla wielbicieli taniego pojednania"

Dodano: 
Okładka książki Stanisałwa Srokowskiego pt. Święcenie noży, wyd. Fronda
Okładka książki Stanisałwa Srokowskiego pt. Święcenie noży, wyd. Fronda 
"To nie jest książka dla tych, którzy wolą unikać prawdy, jeśli staje się dla nich niewygodna. To nie jest książka dla tych, którzy wstydzą się naszej narodowej wspólnoty, adorujących mityczne „jutro” ale bez słowa o okrutnym „wczoraj”. To jest książka napisana przez Polaka, który mieszkał na Wołyniu i przeżył. Niewielu się to udało."

To najbardziej osobiste moje opowiadania.Oczami małego chłopca widzimy ukraińskie ludobójstwo na Kresach.W tym chłopcu odbijają się moje przeżycia, ból, cierpienie i lęki II wojny światowej.

Przeżyłem bowiem tam piekło. Moja wieś została ograbiona i spalona. Zanim jednak to się stało, w domu zbierała się Rada Starszych, dziadkowie, Piotr i Ignacy, oraz wujowie – Marian i Tośko, i rozprawiali o najnowszych wydarzeniach, o tym, gdzie płoną polskie wsie, kto został zamordowany, a kto ocalał i żyje. A mnie cierpła skóra i uciekałem do psiej budy.

I tę psią budę pokazał Smarzowski w filmie „Wołyń”. Wiele z tych opowieści wplotłem do książki, choćby historię święcenia noży, którymi banderowcy podcinali naszym rodakom gardła, czy wątek scyzoryka, którym chciał zamordować mojego kuzyna jego ukraiński przyjaciel. Te i inne opowiadania ujawniają brutalną prawdę o przerażających ukraińskich zbrodniach.

Stanisław Srokowski

Niniejszy tekst to fragment książki Stanisława Srokowskiego pt. Święcenie noży, wyd. Fronda

JA – LACH

Jak już gdzieś wspominałem, miałem w dzieciństwie dwu przyjaciół, żydowskiego przyjaciela Motia, którego czasami nazywaliśmy Berkiem, i ukraińskiego przyjaciela Sławka, z bladą twarzą, dużymi niebieskimi oczami i krótkim perkatym nosem. No i z pięknym uśmiechem.

Poszukiwania szczątków ofiar zbrodni wołyńskiej w Ostrówkach, lato 2014 r.

Jak się Sławko uśmiechał, to jakby róże rozkwitały i wiosna nadchodziła. Czasami jego matka mówiła: – Uśmiechnij się, Sławku, a on, jakby czuł, że jego uśmiech zniewala, wyszczerzał zęby i radował dusze domowników. Było w nim coś ujmującego, sympatycznego i przyjaznego.

Berka Niemcy zagnali do getta, a potem zamordowali.

Pozostał mi w pamięci wyraźny obraz jego postaci. Ciemna cera, duże czarne oczy, kręcone, rudawe włosy i długi, nieco przygarbiony nos. I ten śpiewny, melodyjny głos, jakby niebo śpiewało?! Niesamowite, jak pięknie brzmiały jego słowa, jakby dla jakiejś orkiestry zdobione. Nawet te gorzkie, takie jak Ich hob mojre (Boję się), miały swoją niezastąpioną muzykę. I te ruchy jego ciała, szybkie i zwinne.

I oto nie ma już Berka. Odszedł na zawsze, albo lepiej powiedzieć, zabrało mi go jakieś dzikie plemię barbarzyńców i już nigdy nie oddało. Pozostała tylko pamięć.

Ale miałem jeszcze Sławka.

I Sławko towarzyszył mi do chwili, kiedy pojawiły się na naszej ziemi demony zła, jakieś czarcie pomioty, trudne do zrozumienia dla dorosłego umysłu, jakby mroczne zjawy, złowrogie duchy, warczące widma z ciemnymi ślipiami, za którymi ciągnęły się ślady krwi, tym bardziej trudne do zrozumienia dla malutkiego dziecięcego i chłopięcego umysłu.

Otwierałem szeroko oczy i drżałem ze strachu, ale zanim to nastąpiło, trwał czas zabaw, radości i śpiewu.

Mieliśmy po sześć, siedem i osiem lat.

Ze Sławkiem ganialiśmy po polach i łąkach, podpatrywaliśmy ptaki, gady i płazy, właziliśmy na drzewa i zrywaliśmy owoce albo potrząsaliśmy gałęziami, a kiedy dojrzałe, dorodne jabłka i grusze spadały na ziemię, my je zbieraliśmy do woreczków i zanosiliśmy do domu.

Kiedy zbliżała się zima, matka szykowała w beczce kiszoną kapustę na ciężkie przedwiosenne dni, bowiem nachodził wtedy głód i wkładała pod spód kapusty duże, piękne, czerwone jabłka. Jakże one potem smakowały?! Jakże pachniały?! Niczym przy nich były cukierki. Miękkie, soczyste, ze smakiem kapusty – tylko palce lizać.

Albo dzikie grusze, które rosły za stodołą.

Powiat włodzimierski na Wołyniu. Ofiary zbrodni UPA

Twarde, niewielkie, ciemnobrązowe gruszki zrywaliśmy z drzewa, chowaliśmy po kieszeniach, a potem wkładaliśmy do pachnącego siana i przechowywaliśmy tam przez kilka tygodni, aż zmiękły, a potem wyjmowaliśmy je stamtąd i smakowaliśmy, słodkie jak miód. Pycha! Oto nasze smaki dzieciństwa.

A dodajmy do tego jeszcze białe, miękkie śliwki i czerwone, niemal czarne wiśnie, no, i rzecz jasna, leśne jagody i poziomki, które zbieraliśmy w murawie między drzewami.

To była ta jasna strona naszego dzieciństwa.

I poszukiwanie gniazd jaskółek, które kryły się pod strzechami domów, a czasami lepiły nawet swoje domki pod sufitami stajen i obór, gdzieś nad drzwiami albo nad żłobami i głowami zwierząt.

Radowały nas szczebioty wylęgających się ptaków i otwarte żółte dziubki piskląt.

A skoro już mówimy o ptakach, pozwólcie, że zanurzę się w tamten czas dzieciństwa jeszcze głębiej, choćby po to, by pokazać rzeczywistość, która już na zawsze odeszła z mojego życia, a zapewne także z życia współczesnego człowieka, a więc i współczesnego dziecka, które więcej czasu poświęca dzisiaj smartfonom, tabletom i grom komputerowym niż urokom natury.

Gdzieś tam między świtem a nocą wirowały w powietrzu mazurki i wróble, a potem zlatywały ukośnym lotem na ziemię, gdzie matka karmiła kury i gęsi, i wydziobywały złote ziarna pszenicy wzbogacane kukurydzą, żytem, owsem i jęczmieniem.

Nie brakowało sierpówek przyczajonych na płocie albo na gałęziach drzew, które zlatywały jakby na sejm, kiedy matka z fartucha rozsiewała nowe porcje ziarna. A ze skraju dachu, ze swojego dużego, okrągłego gniazda zbudowanego z delikatnego chrustu, przyglądały się tej osobliwej ceremonii bociany, radośnie klekocząc i zadzierając do nieba głowy.

Razem ze Sławkiem podglądaliśmy także na polach skowronki, których piękny śpiew wprawiał nas nieustannie w radosny nastrój, kiedy spod nóg wyfruwały nam kuropatwy i przepiórki, a słowiki i krogulce dopełniały tych radosnych chwil.

Płonąca polska wieś po ataku UPA

Nie brakowało też czajek ze srebrnymi, lśniącymi piórami i z charakterystycznym czubkiem na głowie. Jakże cudownie wzbijały się one w powietrze, lekkie jak mech płynący w przestrzeni, mistrzynie lotności, zwinności i akrobatycznych figur.

Wspomniane już i na pozór pospolite kuropatwy towarzyszyły nam na polach i łąkach przez cały rok, nie odlatując nigdzie na zimę, jak choćby bociany, które mierzyły nam pory roku. Dodajmy do tego jeszcze najbardziej tajemnicze i skryte przepiórki, jak się powszechnie mówi, kuzynki kuropatw, które chowają się przed człowiekiem w gęstwinie ziół, traw i polnych krzaków. Jednak nasze oczy, Sławka i moje, zawsze ich wypatrywały i w ciszy podziwiały. Nie za długo jednak gościły na naszej kresowej ziemi, radując uszy swoim boskim śpiewem, bowiem już jesienią odlatywały do ciepłych krajów. No i na koniec derkacze, o których pieśni układali poeci, ich jakby poszarpany, rwany głos dochodził do nas wieczorami i nocami od maja do lipca, nieustannie budząc ciekawość i podziw.

Kiedy świat ptaków pozostawał poza nami, jawił się świat trzmieli i pszczół. Do dzikich pszczół mieliśmy trudny dostęp, bojąc się ich gniewu i żądeł, choć ciekawość nas pożerała, ale za to do gniazd trzmieli docieraliśmy z łatwością, obserwując ich powolne, buczące loty, kiedy – bywało – długo krążyły nad swoimi gniazdami ukrytymi w ziemi, w sadzie lub w ogrodzie, a czasami na polu. Obserwowaliśmy w ciszy te powolne loty i patrzyliśmy, w których miejscach trzmiele opadają i znikają w ukrytych w trawach ciemnych otworach ziemi.

Nieraz, gnani ciekawością, ale też spragnieni i żądni słodkiego miodu, my, dwaj mali barbarzyńcy, Sławko i ja, rozkopywaliśmy grunt pod nogami i dobieraliśmy się do trzmielich gniazd. Im bliżej byliśmy tych gniazd, tym głośniejsze słyszeliśmy szumy i brzęczenia, które jakby nas ostrzegały, że przekroczyliśmy dozwoloną granicę ciekawości.

Byliśmy jednak uparci i na swój sposób okrutni, docieraliśmy bowiem do jasnobrązowych grudek woszczyny, nie bojąc się specjalnie użądleń, gdyż trzmiele rzadko nas atakowały i żądliły. Kradliśmy więc, powtórzmy to, mali barbarzyńcy, pszczeli miód i wkładając gotowe, nie za długie słomki żyta lub pszenicy do komórek z miodem, wysysaliśmy z nich nektar, łakomie oblizując wargi. Nie burzyliśmy jednak nadmiernie gniazda, przywracaliśmy mu wcześniejszą formę i kształt, i odchodziliśmy ze słodkim smakiem w ustach.

To były nasze dziecięce harce, gry i zabawy, kiedy świat natury odsłaniał nam swoje tajemnice. Ptaki, zwierzęta polne i leśne, dzikie i ogrodowe drzewa, radość wspinania się po gałęziach na szczyty koron, to był czas naszych radosnych dni i wieczorów, dziecięcych gier, w trakcie których wykradaliśmy naturze jej zagadki. Jakże intensywnie przeżywaliśmy każde odkrycie, każdy znak i gest dyskretnej przyrody. O, dziecięcy raju! O naiwna i piękna wiaro w świat radości i szczęścia.

Aż nagle ten świat runął na naszych oczach. Światło stało się ciemnością, a radość bólem. Bo oto mój przyjaciel Sławko nieoczekiwanie odwrócił się ode mnie, zdradził mnie, a moje małe serce pękło. Nigdy już nie było takie samo jak dawniej. Moje serce łkało. Moja jasna i piękna dusza nagle pociemniała. Nie rozpoznawałem znaków, które do tej pory wskazywały mi drogę przez życie. Jak to się stało? Sam nie wiem. W każdym razie pewnego ranka, tak jak czyniłem to każdego dnia, po śniadaniu wyskoczyłem na podwórko i pognałem do zagrody Sławka. Była piękna, barwna jesień. Światło ścieliło się pod nogami. Biegłem pełen radości i entuzjazmu do mojego przyjaciela, by znowu, jak zawsze, porwać go ze sobą do sadu albo na pole, do pobliskiego strumyka albo do lasu i radować się skarbami natury, zwierzętami i ptakami, serce łomotało mi z radości, że znowu będziemy razem ganiali po polach, podpatrywali przepiórki i kuropatwy albo bawili się własnymi odbiciami w lustrze wody. Dobiegłem do jego domu i zawołałem: Sławko!

Okładka książki Stanisałwa Srokowskiego pt. Święcenie noży, wyd. Fronda

Jednak tym razem on nie odpowiedział. Poruszyła się tylko firanka w oknie, lecz Sławko nie zareagował. Nie odezwał się też nikt inny. Ani matka, ani ojciec.

Bywało bowiem, że Sławka nie było w domu i wtedy jego matka informowała mnie, że poszedł z ojcem z rana na grzyby albo zaniósł ciotce kankę z mlekiem i jeszcze nie wrócił. Wtedy wiedziałem, że sam muszę sobie poradzić z nadchodzącym dniem.

Ale teraz? Teraz Sławko milczał. Milczała jego matka. I ojciec milczał. A firanka się poruszała. „Co się dzieje?” – myślałem. Nic z tego nie rozumiałem.

Jeszcze raz zawołałem: – Sławko!

Znowu poruszyła się firanka. I cisza. Znowu nikt się nie odezwał. Podszedłem bliżej, pod same drzwi, i krzyknąłem: – Sławko!

Czekałem, aż da jakiś znak. Otworzy drzwi i powie: – Jestem. Już idę!

Ale nie odezwał się i nic nie powiedział, choć firanka znowu się poruszyła. Pomyślałem, że bawi się ze mną. Wystawia mnie na próbę. „O, ty mały łotrze, grasz ze mną!” – pomyślałem. Ale dosyć tej gry. Chodźmy się pobawić, apelowałem do niego w myślach. A ponieważ wciąż milczał, zapukałem do drzwi.

I wtedy wyszedł. Stanął na progu i milczał. – Sławko, co jest? – spytałem. – Wołam i wołam, a ty nic.

A on nadal stał na progu i się nie odzywał. Patrzył na mnie milczącym, zimnym wzrokiem i nic, jakby zaklęty. – Sławko, na Boga, odezwij się. To nie pora na żarty! Idziemy, pogramy w piłkę. Ładny dzień – pokazałem ramieniem zalane światłem podwórka.

A on nic. – Co jest, Sławko?! – rzuciłem zdezorientowany.

I wtedy on się odezwał. Spokojnie, wolno, nawet jakby ceremonialnie powiedział: – Ja ne budu z toboju howoryty. – Co? – nie zrozumiałem.

A on powtórzył: – Ja ne budu z toboju howoryty.

Co znaczyło, że nie będzie ze mną gadał. Czujecie to?! Mój najlepszy przyjaciel nie będzie ze mną gadał?! Byłem jak sparaliżowany! Zatkało mnie. Patrzyłem na niego, jakbym zobaczył kogoś obcego, wrogiego. – Co z tobą, Sławku? – spytałem i uniosłem ramiona. – Ne budu z toboju howoryty! – rzucił z naciskiem. – Czomu? – spytałem i zamarłem. Bo sytuacja była absurdalna. Niepojęta. Mój najlepszy i jedyny przyjaciel mówi, że nie będzie ze mną rozmawiał. Dlaczego? Chory jakiś, czy co?! Nie rozumiałem. A może dalej ze mną się bawi, może się droczy, poszukiwałem w myślach odpowiedzi. A on wciąż stał i patrzył na mnie zimnym, obcym i ostrym jak sztylet wzrokiem. – Co jest, Sławku? – spytałem zdezorientowany. – Czemu nie będziesz ze mną gadał? Co się takiego stało? – starałem się dowiedzieć. On jeszcze przez chwilę stał i milczał, a potem twardo i kategorycznie wyrzucił z siebie: – Bo ty Lach!

Niniejszy tekst to fragment książki Stanisława Srokowskiego pt. Święcenie noży, wyd. Fronda

Czytaj też:
Dom ten płonął. A może to była stodoła...
Czytaj też:
Zanim spłonęli żywcem. Ukraińska zbrodnia w Hucie Pieniackiej

Źródło: DoRzeczy.pl / Wyd. Fronda