Obóz jeniecki w Żaganiu został założony wiosną 1942 r. Kriegsgefangenen Stammlager der Luftwaffe 3 Sagan, jak nazywali go Niemcy, był obozem modelowym. Właśnie tam kierowano na inspekcje misje z Czerwonego Krzyża. Życie jeńców było w nim całkiem znośne, przynajmniej w porównaniu do innych obozów jenieckich. W pobliskim Koninie Żagańskim polscy żołnierze, skierowani tam po Kampanii Wrześniowej, mieszkali w namiotach przy dwudziestostopniowym mrozie, umierając setkami na dezynterię. Jeńcy sowieccy w obozie w Świętoszowie zostali upchnięci w ciasnych ziemiankach, zalewanych wodą. Każda próba wyjścia stamtąd kończyła się zastrzeleniem.
Stalag 3 przeznaczony był dla jeńców z RAF i USAAF, których Niemcy zwykle traktowali zgodnie z konwencjami międzynarodowymi. W 1944 r. mieścił on ok. 10 tys. alianckich lotników, którzy wpadli w ręce nieprzyjaciela. Oprócz Brytyjczyków i Amerykanów przebywali tam Kanadayjczycy, Australijczycy, Nowozelandczycy, Norwegowie, Polacy i Czesi. Jeńcy mieszkali w drewnianych barakach, w izbach po 8-12 żołnierzy. Oficerowie wyższych stopni mieli izby dwuosobowe. Baraki były ogrzewane piecykami, w każdym z nich była łazienka, kuchenka i nocna toaleta. Niemieckie żywienie było słabe, składało się głównie z chleba, kawy, buraków i zupy z brukwi. Głównym źródłem pożywienia były więc paczki Czerwonego Krzyża, które co tydzień otrzymywali jeńcy. Jak wspominał osadzony w obozie por. Mieczysław Wyszkowski "Paczki oraz to, co jeńcy otrzymywali od Niemców, zupełnie nam wystarczały: jak na warunki jenieckie był to wikt znośny. Prócz paczek żywnościowych otrzymywaliśmy paczki z papierosami i tytoniem." W każdym z sektorów, na które podzielony był obóz, było boisko sportowe, teatr, kaplica i biblioteka. Latem, mimo zakazów jeńcy wykorzystywali też do kąpieli duże baseny przeciwpożarowe.
Żagań miał długie tradycje związane z pobytem tam jeńców. W jego okolicach jenieckie obozy funkcjonowały podczas wojen napoleońskich, wojny francusko-pruskiej i pierwszej wojny światowej. Sprzyjały temu warunki. Do najbliższego morskiego wybrzeża było ponad 250 kilometrów. Do neutralnej Szwajcarii ponad 600. Ziemia w okolicy była piaszczysta, co utrudniało drążenie tuneli, okolice odludne. Wokół wysokiego na 2,5 m ogrodzenia z drutu kolczastego wycięto drzewa. Przed ogrodzeniem, w odległości 10 m rozpięty był drut. W razie jego przekroczenia przez jeńca, strażnicy z rozstawionych co 100 metrów wież strzelali bez ostrzeżenia.
Uciec za wszelką cenę
Oficerowie nie musieli pracować. Na co dzień więc oprócz ćwiczeń fizycznych i spacerów zajmowali się wypełnianiem jednego z najważniejszych obowiązków jeńca, czyli planowaniem i przygotowaniami do ucieczki. Ich próby zdarzały się często, ale jeńcy zwykle byli łapani w pobliżu obozu. Jedna z najgłośniejszych ucieczek miała miejsce 29 października 1943 r. Trzech Brytyjczyków: Eric Williams, Richard Codner i Olivier Philpot uciekło podziemnym tunelem długości 40 m na drugą stronę ogrodzenia i rozpłynęło się wśród lubuskich lasów. Przy ucieczce posłużyli się drewnianą skrzynią gimnastyczną, którą codziennie wynosili na plac ćwiczeń. Jeden z jeńców zajmował się kopaniem tunelu, gdy inni wykonywali na skrzyni ćwiczenia gimnastyczne. Każdego dnia po skończeniu prac wejście do tunelu było zakrywane deskami i zasypywane piaskiem, a skrzynia odnoszona do baraku. Operacja nazywana "Wooden Horse" zakończyła się całkowitym powodzeniem. Jeńcy dostali się do Szczecina i Gdańska, skąd wydostali się statkami przy pomocy szwedzkich marynarzy.
Ucieczka ta z pewnością była przykładem dla innej grupy, która już od marca 1943 r. realizowała poważniejszy plan. Komitet X zawiązał się w celu przygotowania ucieczki na masową skalę. Chodziło nie tylko o odzyskanie wolności, ale i zaangażowanie maksymalnych sił policyjnych i wojskowych wewnątrz Niemiec. Mózgiem komitetu był major Roger Bushell. Anglik, pochodzący z Południowej Afryki był utalentowanym sportowcem i praktykującym adwokatem, znanym ze skutecznej obrony członków RAFu. Bushell już przed wojną latał w Pomocniczych Siłach Powietrznych, a w październiku 1939 r. został dowódcą eskadry w RAF. Do niemieckiej niewoli dostał się podczas osłaniania odwrotu Brytyjczyków pod Dunkierką.
Bushell, który w organizacji nosił pseudonim "Big X", kiedy przybył do obozu latem 1942 r. miał już za sobą kilka prób ucieczek. W Żaganiu z energią wziął się za planowanie kolejnej operacji. Postanowiono drążyć od razu trzy tunele "Tom", "Dick" i "Harry". Gdyby odkryto jeden z nich, pozostawały jeszcze dwa. Co więcej, Niemcy z pewnością by się ich nie spodziewali.
Baraki były posadowione na słupach. Między ich podłogą a ziemią była szczelina, umożliwiająca inspekcję. Tunele trzeba więc było ulokować w miejscach, gdzie konstrukcja sięgała gruntu. "Tom" rozpoczynał się pod kominem w baraku 123, "Dick" pod umywalnią baraku 122, a "Harry" pod piecem w baraku 104. Zamaskowane wejście z wyjmowanych kafli podłogowych wykonał kpt. Bronisław Mickiewicz z Dywizjonu 303.
Planowana ucieczka około 200 jeńców wymagała prac na dużą skalę. "Harry" został wydrążony na głębokości około 10 m. Przy wlocie wykopano 3 komory, służące jako zaplecze dla prac. Tunel musiał być szalowany, na co zużywano deski z prycz. Jego długość obliczano na ponad 100 metrów, co wymuszało instalację mechanicznej wentylacji. Zbudowano ją z puszek po skondensowanym mleku, które połączone i uszczelnione tworzyły rury. Powietrze tłoczono miechami skonstruowanymi z brezentowych worków na odzież. W tunelu położono drewniane szyny, po których kursowały wagoniki przewożące kopaczy, deski i urobek. Były nawet mijanki z sygnalizacją świetlną nazwane jak stacje londyńskiego metra "Picadilly Circus" i "Leicester Square". Początkowe oświetlenie – tłuszczowe lampy niemiłosiernie kopciło i pochłaniało tlen, więc wymieniono je na elektryczne, kiedy jeńcy przy budowie radiowęzła zdobyli kilkaset metrów kabla.
We wrześniu 1943 r. Niemcy odkryli "Toma" i wysadzili go w powietrze. "Dick" padł ofiarą rozbudowy obozu. Zaprzestano drążenia, bo wylot wychodziłby w jego nowej części. Tunel wykorzystano na tajny warsztat oraz na składowanie narzędzi i piasku wydobytego z "Harrego". Więźniowie robili co mogli, żeby go ukryć. Piasek był wynoszony w woreczkach i ręcznikach pod płaszczami i rozsypywany po obozowych ogródkach i boiskach przez żołnierzy nazywanych "pingwinami". Inni chodzili za nimi, wdeptując go w ziemię, ale był to wciąż najprostszy sposób wykrywania kopania tuneli przez Niemców. Zimą, przy leżącym śniegu było to w ogóle niemożliwe.
Polska moc
Podobnie wielkim wyzwaniem było zapewnienie cywilnych ubrań, pieniędzy i dokumentów niezbędnych w ucieczce. Szefem zespołu kartograficznego był Polak, por. Włodzimierz Kolanowski. Z braku map zbierano relacje od Niemców z obozu i jeńców, którzy próbowali ucieczki. Na tej podstawie wykonywano plany okolic Żagania i trzech tras ucieczki. Wiodły one nad Bałtyk i dalej do Szwecji, przez Protektorat Czech i Moraw i Austrię do Szwajcarii oraz przez Niemcy do Francji. Łącznie wykonano ponad 3 tys. map, początkowo ręcznie, a potem odbijając na powielaczu. Szefem krawców również był Polak – por. Jerzy Mondschein z 305. Dywizjonu. Od jednego z niemieckich strażników pozyskał on maszynę do szycia i akcesoria, dzięki którym uszyto kilkaset kompletów cywilnych ubrań. Porucznicy Kazimierz Pawluk i Paweł Tobolski pracowali w zespole fałszerzy. Przy pomocy pieczątek wycinanych z gumy pochodzącej z obcasów butów i atramentu wytwarzanego z sadzy, podrabiano w nim dokumenty niezbędne do podróży. Część dokumentów i pieniądze zostały też przemycone w paczkach przez wywiad US Army. Tobolski, znający perfekcyjnie język niemiecki, wdawał się w rozmowy z Niemcami, wyciągając od nich przydatne wiadomości.
Pięć grup po czterech kopaczy pracowało dzień i noc. Szefem tego zespołu był por. Stanisław Król, nazywany "The Spring". Ucieczkę pierwotnie planowano na lato 1944 r. ze względu na sprzyjającą pogodę. Jednak od początku roku w obozie zaczęło pojawiać się Gestapo, intensywnie szukając śladów przygotowań do ucieczki. To przyspieszyło decyzję. Z 600 jeńców chcących uciekać, wybrano 100 najbardziej zaangażowanych i znających niemiecki, a drugą setkę wylosowano. Termin wyznaczono na bezksiężycową noc z 24 na 25 marca 1944 r.
Seria niefortunnych zdarzeń
Jak często w takich przypadkach bywa, kiedy nadeszła decydująca chwila, nastąpiła seria nieprzewidzianych zdarzeń. Wyłaz "Harrego" przymarzł, a jego otwieranie zajęło ponad godzinę. Kiedy w końcu się poddał, okazało się, że tunel nie kończy się w lesie, a na jego granicy. Był on dobrze widoczny z położonej kilkanaście metrów dalej wieży strażniczej. Mimo tego ok. 22.30 Bushell jako pierwszy opuścił tunel. Ze względu na leżący śnieg, na którym odznaczały się ślady zbiegów, ilość uciekających ograniczono z planowanych jednego co minutę na dziesięciu na godzinę. Około 23. w obozie ogłoszono alarm przeciwlotniczy. W tunelu zgasło światło elektryczne. Strażnicy zmniejszyli czujność, ale został wstrzymany ruch nocnych pociągów, którymi mieli uciekać jeńcy. Około 1 w nocy zawaliła się część tunelu. Naprawa opóźniła ucieczkę. Do 4.55 tunel opuściło 76. jeńców. Kolejny, por. Michael Shand, został zauważony przez strażnika, który wszczął alarm.
Kiedy jeńcy przygotowani do podróży przez pół Europy dotarli do miasta, stanęli przed prozaiczną przeszkodą. W nocnych ciemnościach nie mogli znaleźć wejścia na dworzec kolejowy, ukrytego w załamaniu ściany podziemnego przejścia dla pieszych. Odkryli je dopiero w blasku świtu. Nocne pociągi, którymi mieli szybko oddalić się od Żagania dawno już odjechały. Pozostawało czekać na peronach w świetle dnia albo iść pieszo drogami. Przedzieranie się przez pola i lasy nie wchodziło w rachubę. Śnieg tamtej zimy miał nawet 1,5 metra grubości.
Kierunek Karkonosze
Część zbiegłych jeńców szło na piechotę do mniejszych stacji, gdzie wsiadali do lokalnych pociągów. Z dzisiejszego Trzebowa (wówczas Tschiebsdorf) w kierunku Jeleniej Góry wyruszyło tak 12 uciekinierów. Udawali duńskich robotników leśnych jadących na urlop. Bilety kupił im biegle znający niemiecki Mondschein, posługując się sfałszowaną przepustką. Jedna z przygotowanych wcześniej tras prowadziła przez Sudety do odległej o około 150 km od obozu granicy z Protektoratem Czech i Moraw. Po przejściu przez góry miało już iść łatwiej. Tymczasem Niemcy ogłosili "Grossfandung", czyli poszukiwania na terenie całej Rzeszy. Zaangażowano w nie wojsko, policję i SS, łącznie ponad 70 tysięcy ludzi.
Lotnicy spodziewali się poszukiwań, chociaż chyba nie aż takich. Żeby nie natknąć się na patrole w większym mieście, kupili bilety do niewielkiej stacji Boberröhrsdorf (dzisiejszy Siedlęcin), kilka kilometrów na północ od Jeleniej Góry. Bratanek jednego z uciekających jeńców, Peter Kierath, który w 2012 r. dotarł na rocznicowe uroczystości z Nowej Południowej Walli, opowiadał o chwili grozy w pociągu. Do wagonu wpadła "wielka, wagnerowska konduktorka", która zaczęła po niemiecku wrzeszczeć na jeńców. Jego wuj już myślał, że rozpoznała w nim uciekiniera, kiedy Mondschein wyjaśnił mu, że chodziło o palenie papierosa w przedziale dla niepalących.
Po przyjeździe do celu rozdzielili się, planując przejście pieszo przez góry. Plan był dobry, ale szybko został zweryfikowany przez przyrodę. Silne mrozy i zalegający śnieg zmusiły uciekinierów do poruszania się drogami i koleją. Mjr Antoni Kiewnarski i por. Kazimierz Pawluk zostali zatrzymani przez Niemców na ulicy w Jeleniej Górze. Grek Sotiris Skaziklas i Anglik Bertram James ominęli patrole i przedostali się pieszo do miasta. Tak też chcieli kontynuować ucieczkę w kierunku gór. Szybko jednak zrezygnowali z powodu dwudziestostopniowego mrozu. Próbowali odjechać pociągiem z dworca w Jeleniej Górze, ale tam złapała ich policja.
Krok dalej poszedł mjr John Dodge z RAFu i towarzyszący mu Kanadyjczyk, kpt. James Wernham. Chcieli oni kupić bilety na odległym od centrum dworcu zachodnim, ale odmówiono im sprzedaży, rozpoznając w nich cudzoziemców. Nikt jednak nie powiadomił policji. Lotnicy przeszli na dworzec główny, bez problemów kupili bilety i wsiedli do pociągu jadącego w kierunku Szklarskiej Poręby. Zostali jednak rozpoznani i zatrzymani przy kontroli biletów. Por. Douglas Poynter z lotnictwa Royal Navy przeszedł 12 kilometrów torami zanim wsiadł do pociągu jadącego do Polaun. Został aresztowany przy kontroli dokumentów. Niemiecki policjant nie miał do nich zastrzeżeń, ale towarzyszący mu młodzieniec z Hilterjugend zauważył w nich jakiś błąd. Najstarszy, 56 letni uczestnik ucieczki, por. Bernard Green został złapany prawdopodobnie jeszcze w Siedlęcinie. Szedł główną drogą, nie będąc w stanie przedzierać się przez sięgający pasa śnieg.
Wszyscy spotkali się w budynku jeleniogórskiego gestapo, w którym zostali osadzeni. Z miejskiej pułapki udało się uciec pozostałym czterem jeńcom. Wśród których był Jerzy Mondschein. Przedzierając się na piechotę przez zaśnieżone Góry Izerskie -nocowali w opuszczonych pasterskich szałasach. Niedaleko dawnej czechosłowacko=niemieckiej granicy zostali jednak wytropieni przez patrol strzelców górskich, który dopędził ich na nartach. Potem przewieziono ich do więzienia w Libercu.
Rozstrzelać wszystkich! Nakazuje Führer!
Być może jeńcy nie zdecydowaliby się na tak ryzykowny krok, gdyby wiedzieli, jaki los uszykują im Niemcy. Hitler na wieść o ucieczce wściekł się i na naradzie w Berchtesgaden, 26 marca, kazał rozstrzelać wszystkich złapanych zbiegów. Sprzeciwił się temu Göring, któremu podlegał żagański obóz, wskazując na prawdopodobne alianckie reperkusje. W końcu przyjęto "kompromisową" propozycję Himmlera, aby stracić 50 jeńców. Następnego dnia szef RSHA Ernst Kaltenbrunner wydał tzw. "Sagan Befehl", na którego podstawie mordowano lotników. Listę ofiar układał szef policji kryminalnej Arthur Nebe. Podobno przeglądał przy tym zdjęcia jeńców, wzdychając przy niektórych, że "ten jeszcze za młody".
Kiewnarskiego, Pawluka, Skaziklasa i Wernhama gestapowcy 29 marca zapakowali do samochodów i wywieźli z Jeleniej Góry. Powiedziano im, że jadą z powrotem do Żagania. Tymczasem kilka kilometrów za miastem, na poboczu drogi w Siedlęcinie kolumna zatrzymała się. Jeden z kierowców zaczął grzebać pod maską samochodu. Wtedy jeńcy zostali wyprowadzeni z samochodów i zastrzeleni. Ich zwłoki przewieziono z powrotem do Jeleniej Góry i spalono w krematorium na miejscowym cmentarzu. W dokumentach zgonu wpisano, że zostali zastrzeleni przy próbie ucieczki. Były to pierwsze ofiary "Sagan Befehl".
Jerzy Mondschein wraz z trzema swoimi towarzyszami – por. Lesterem Bullem i Australijczykami por. Reginaldem “Rusty” Kierathem oraz mjr. Johnem Williamsem zostali zastrzeleni niedaleko czeskiego Mostu, gdzie zostały skremowane ich ciała.
Z grupy 12 jeńców, którzy dotarli w okolice Jeleniej Góry, ocalało czterech. Ppor. Bertram James wraz z mjr. Johnym Dodgem z więzienia w mieście zostali przewiezieni do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen, ale przeżyli wojnę. Green i Poynter wrócili do obozu w Żaganiu.
Na mocy "Sagan Befehl" zabici zostali wszyscy Polacy, którzy brali udział w ucieczce. 31 marca gestapowcy z Legnicy strzałem w tył głowy zamordowali pod Zgorzelcem por. Włodzimierza Kolanowskiego. Por. Stanisław Król ostatni raz był widziany żywy 12 kwietnia. Doszedł 2 kilometry od przedwojennej polsko-niemieckiej granicy za Oleśnicą. Potem zamordowali go gestapowcy z Wrocławia. Por. Paweł Tobolski, który dotarł do Szczecina został prawdopodobnie zamordowany w Berlinie.
Skutecznie udało się uciec jedynie trzem jeńcom. Norwegowie ppor. Jens Muller i sierż. Per Bergsland dotarli do Szczecina, skąd marynarze przewieźli ich do Szwecji. Holender, kpt. Bram van der Stok dotarł do Utrechtu, skąd ruch oporu, przez Francję i Hiszpanię, przerzucił go do Wielkiej Brytanii.
Bohaterowie zamiast zbrodniarzy
Po zakończeniu wojny karkonosko-izerski etap Wielkiej Ucieczki został na długo zapomniany. Do dzisiaj na większości internetowych stron poświęconych Wielkiej Ucieczce figurują informacje o "nieznanym" miejscu skremowania jeńców zabitych pod Jelenią Górą. Pod koniec pierwszej dekady XXI w., porządkując dokumenty po zmarłej teściowej natknął się na informację o nim jeleniogórski przedsiębiorca i miłośnik historii, Lech Śmiarowski. Próbował zainteresować tą informacją lokalne media i władze. Dopingowało go podejście niektórych miejscowych działaczy, którzy na fali polsko-niemieckich "przyjaźni i pojednania" więcej uwagi poświęcali odkrywaniu i upamiętnianiu niemieckiej, a nie polskiej historii regionu. Przełomowym momentem była podjęta przez "niemieckich szybowników i ich polskich przyjaciół" próba upamiętnienia Hanny Reitsch. Na domu przy ul. Bankowej, w którym urodziła się ulubienica Hitlera miała zawisnąć poświęcona jej pamiątkowa tablica. Wywołało to w mieście gorącą dyskusję na temat upamiętniania jego niemieckiej przeszłości.
W tym wypadku na szczęście zwyciężyła polska przekora. W końcu, w 70. rocznicę Wielkiej Ucieczki z inicjatywy m.in. jeleniogórskiego Koła Żołnierzy Radiotechników "Radar" i Aeroklubu, na terenie miejscowego lotniska, wystawiono głaz z tablicą upamiętniającą zamordowanych przez Niemców lotników.
Czytaj też:
Ucieczka z sowieckiego piekła. Polacy cudem wydostali się z potrzaskuCzytaj też:
Za bunt zapłacił bardzo wiele. Życie najsłynniejszego szpiegaCzytaj też:
Ginęli w płomieniach. Niemcy urządzili więźniom masakrę
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
