Teresa Stylińska
Straszne obrazy katastrof lotniczych zawsze zapadają w pamięć, ale nawet w tak specyficznej kategorii te fotografie są wyjątkowe. Oto miasteczko, wzdłuż ulic niewielkie, charakterystyczne dla brytyjskiej prowincji domy, a na nich i wśród nich szczątki samolotu – fragmenty kadłuba, splątane kable, powyginane blachy wbite w ziemię. Płonące budynki, strażacy próbujący ugasić płomienie.
Tak wyglądało Lockerbie w południowej Szkocji, tuż przy granicy z Anglią, 21 grudnia 1988 r., gdy z wysokości blisko 10 km runął na nie boeing 747 amerykańskich linii lotniczych Pan Am. Spadł, wspominają świadkowie, jak ogromna ognista kula. A miało co płonąć. Samolot miał w zbiornikach tony paliwa, bo w długą podróż do Nowego Jorku wystartował z londyńskiego lotniska Heathrow zaledwie 38 min wcześniej. W chwili, gdy miał skręcić na zachód, nad Atlantyk, na pokładzie wybuchła bomba, która rozerwała maszynę i spowodowała zapalenie paliwa.
Alan Clements, dziennikarz BBC Scotland, jeden z pierwszych, którzy dotarli na miejsce tragedii, opisywał to na łamach dziennika „Daily Telegraph”: „Ulice płonęły. Wszędzie rozrzucone były szczątki samolotu, kawałki stali powyginanej w różne kształty. W mojej pamięci najmocniej jednak zapisały się odczucia dwojakiego rodzaju. Po pierwsze, zapach – nad miastem unosił się wszechogarniający, słodkawy zapach paliwa lotniczego. Po drugie, spokój – słychać było trzask ognia, ale żadnych syren, żadnych krzyków. Dopiero następnego dnia o świcie, gdy wzeszło słońce, widać było ogrom zniszczeń, jakie spowodował spadający z nieba samolot. Najbardziej poruszył mnie widok osobistych rzeczy nieszczęsnych pasażerów: porozrywane walizki, z widocznymi w środku prezentami w świątecznych opakowaniach, leżące przy ciałach egzemplarze Biblii”....
W brązowej walizce
Heathrow, godz. 18.25: samolot Pan Am, rejs numer 103 do Nowego Jorku, wzbija się w powietrze. O godz. 19 jest już nad Szkocją. O godz. 19.03 potężna eksplozja rozrywa kadłub. Ginie 270 osób – 243 pasażerów, 16 członków załogi i 11 mieszkańców domów, na które spadła płonąca maszyna. Wśród ofiar dominują Amerykanie (179) i Brytyjczycy (31). To największy i najtragiczniejszy w skutkach akt terroru aż do dnia 11 września 2001 r.
![]()
Prowadzący śledztwo nie wykluczają, że zapalnik czasowy nastawiono tak, by bomba wybuchła dopiero wtedy, gdy samolot będzie już nad oceanem. To znakomicie utrudniłoby dochodzenie. Stało się jednak inaczej, ślady materialne i dowody nie zniknęły w morzu, ale siła eksplozji i wysokość, na której znajdował się jumbo jet, sprawiły, że jego szczątki zostały rozrzucone na wielkim obszarze – 845 mil kw., czyli ponad 2 tys. km kw. Mimo to zdołano je zebrać, poskładać i przebadać, i to tak skrupulatnie, że dochodzenie w sprawie Lockerbie uchodzi za majstersztyk, wzór postępowania po katastrofach lotniczych. Co jest tym ciekawsze, że prowadzili je wspólnie partnerzy zupełnie odmiennego kalibru – lokalna policja z Dumfries and Galloway (najmniejsza jednostka policyjna w Wielkiej Brytanii) oraz potężne amerykańskie FBI.
Istotnie, trudno nie podziwiać dociekliwości i determinacji śledczych. Rezultatem ich żmudnej pracy było precyzyjne ustalenie, jakiego rodzaju bomba wybuchła w samolocie i gdzie się znajdowała. Jedyna wątpliwość, do dziś nierozwiana w sposób ostateczny, dotyczy tego, jak dotarła na pokład. Jak się okazało, bombę skonstruowano z semtexu (nic dziwnego, bo to ulubiony materiał wybuchowy terrorystów) i wyposażono w zapalnik czasowy produkcji szwajcarskiej firmy Mebo. Ładunek został włożony do radiomagnetofonu Toshiba, który następnie zawinięto w ubrania i zapakowano do brązowej walizki marki Samsonite.
Długa droga na Heathrow
Bomba, według ustaleń śledczych, odbyła do Lockerbie bardzo długą podróż. Jej początek to maltańskie lotnisko Luqa, gdzie walizkę umieszczono w luku bagażowym maszyny linii Air Malta lecącej do Frankfurtu. Tam została przeładowana do samolotu do Londynu; był to tzw. lot skomunikowany, o numerze 103A, dowożący pasażerów, którzy w Londynie mieli się przesiąść do samolotu Pan Am. Na Heathrow zatem walizkę przeładowano po raz drugi.
Czy tak rzeczywiście było? Tego właśnie do końca nie wiadomo. Jest bowiem możliwe – choć sąd rozpatrujący później sprawę nie wziął tego pod uwagę – że walizka z bombą wcale nie przyleciała z Malty, lecz na Heathrow od razu została załadowana do jumbo jeta. John Bedford, jeden z pracowników obsługi bagażowej, zeznał, że gdy wrócił do pracy po przerwie na herbatę, w kontenerze z bagażami do Nowego Jorku zauważył brązową walizkę, której wcześniej na pewno tam nie było. Inni przesłuchiwani opowiadali, że pomieszczenia z bagażami na Heathrow nie były należycie strzeżone, a zatem zamachowcy mogli przemycić bombę bez większego trudu. Zdaniem tych, którzy wątpią w rzetelność dochodzenia, te tropy należało potraktować poważnie. Tak się jednak nie stało.
Czytaj też:
Reagan kontra Gorbaczow
Techniczny, nazwijmy to, aspekt przeprowadzenia zamachu to tylko jeden z wielu wątków wymagających przebadania, w dodatku chyba nie najtrudniejszy. Samolot Pan Am stał się celem ataku w czasie, gdy europejskie grupy terrorystyczne – Czerwone Brygady, RAF, IRA – powoli przymierzały się do wygaszenia działalności, za to organizacje bliskowschodnie szalały w najlepsze. Ameryka nadal była wrogiem numer jeden, znienawidzonym „wielkim szatanem”, a Wielka Brytania w tej roli ustępowała jej tylko troszeczkę. Terroryści nie byliby jednak skuteczni, gdyby nie korzystali z pomocy wrogich Ameryce krajów regionu – Iraku, Libii, Syrii, Iranu. A one także miały swoje powody. Władze libijskie pałały żądzą zemsty za bombardowania Trypolisu i Bengazi przeprowadzone przez Amerykanów wiosną 1986 r. w odwecie za zorganizowany przez Libię parę tygodni wcześniej zamach na zachodnioberlińską dyskotekę La Belle, gdzie wśród ofiar było wielu żołnierzy amerykańskich. Iran z kolei groził Ameryce srogim odwetem za zestrzelenie przez krążownik „Vincennes”, stacjonujący w Zatoce Perskiej, irańskiego samolotu wiozącego pielgrzymów do Mekki. W następstwie ewidentnej pomyłki – samolot wzięto za nadlatującą rakietę – zginęło 290 osób.
Libijczycy na Malcie
Śledczy poruszali się więc w prawdziwym gąszczu wydarzeń, powiązań, motywów i interesów. Dodajmy do tego szukanie przyczyny zamachu wśród pasażerów. Czy leciał nim może ktoś, kto mógłby być celem zamachu? Okazało się, że tak. Trop południowoafrykański wiązał się z obecnością Bernta Carlssona, komisarza ONZ ds. Namibii, który leciał do Nowego Jorku na podpisanie porozumienia w sprawie niepodległości tej prowincji. Motyw był, bo w RPA oderwanie Namibii było dla wielu nie do przyjęcia. Na domiar złego delegacja RPA, która miała lecieć tym samym samolotem, zmieniła rezerwację na wcześniejszy rejs tego samego dnia.
