O tym się nie mówiło – powtarza Dominique Lagrange, emerytowana chemiczka z Tuluzy, dopytywana o szczegóły wyjazdu jej rodziny z Algierii, ówczesnej francuskiej kolonii, na początku lat 60. XX w. Przeszłości nie rozpamiętywały ani jej babka, ani prababka, choć obie były „pieds-noirs” (dosłownie: czarne stopy), jak we Francji nazywa się europejskich osadników urodzonych w Algierii Francuskiej między rokiem 1830 a 1962. Określenie „pieds-noirs” to, według słownika, synonim repatrianta, ale Dominique go nie lubi. – Jest pogardliwe – mówi.
Wysiadając ze statków we francuskich portach, „pieds-noirs” czuli się gorzej niż uchodźcy. Propaganda komunistyczna (Francuska Partia Komunistyczna miała prawie 27 proc. poparcia w skali kraju i ogromne wpływy w środowiskach akademicko-intelektualnych) robiła z nich wyzyskiwaczy Arabów, którym wygnanie zwyczajnie się należało. O tym, że także oni są ofiarą dekolonizacji, nie mogło być mowy.
Precz z „kolonizatorami”
Wielki exodus rozpoczyna się jeszcze w czasie wojny algierskiej, choć we Francji nikt tego wojną nie nazywa. Mówi się o „wydarzeniach” (les événements). W okresie od 1 listopada 1954 r., daty uważanej za początek antyfrancuskiej rebelii, do 31 grudnia 1961 r. Algierię opuszcza 150 tys. Europejczyków. Po zawarciu, w marcu 1962 r., porozumienia między Paryżem a algierskim Frontem Wyzwolenia Narodowego (FLN) w śródziemnomorskich portach robi się tłoczno. Między styczniem a kwietniem 1962 r. wyjeżdża 70 tys. ludzi. W maju – 80 tys., na czerwiec przypada kulminacja – 300 tys. ludzi. Potem fala opada: w lipcu i sierpniu Algierię opuszcza 100 tys. ludzi. W sumie na ten krok zdecyduje się ok. 900 tys. Europejczyków, plus ponad 40 tys. harkisów – rdzennych Algierczyków lojalnych wobec Paryża. To był największy exodus w zachodnim świecie od czasów drugiej wojny światowej.
Emocje francuskich repatriantów zapewne nie różniły się szczególnie od uczuć Polaków zmuszonych do opuszczenia swoich domów na Kresach: trzeba się spakować w dwie walizki (norma na osobę), na pastwę losu zostawić kota czy psa, a potem godzinami czekać w porcie, aż ktoś litościwie zezwoli wejść na pokład statku, który zabierze ich do Francji.
Stłoczeni – statki zabierają więcej pasażerów niż przewidują przepisy – płyną do kraju, którego nie znają i którego się boją. „Na każdym pokładzie, na każdym korytarzu panuje ogromny niepokój” – notuje reporter magazynu „Paris Match”, który w maju 1962 r. towarzyszy repatriantom na pokładzie statku „Ville-de-Marseille”. Dyskomfort potęguje fakt, że podróże często odbywają się nocą – zapewne ze względów bezpieczeństwa, ale repatrianci będą po latach twierdzić, że po to, by Francuzi ich nie widzieli.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
