Niniejszy tekst to fragment książki Pauliny Tondos pt. Grenlandia. Ulotny duch Północy, wyd. Bezdroża (Helion)
Kiedy osadnictwo wikingów na Grenlandii powoli chyliło się ku upadkowi, w Europie nastąpiło wiele politycznych zmian. Panujący w Norwegii w latach 1343–1380 król Haakon VI poślubił córkę króla Danii Małgorzatę I. Syn pary – Olaf – zasiadł na tronie obu tych państw. W tamtym czasie Norwegia panowała już także nad Islandią, Wyspami Owczymi, Orkadami i Szetlandami. W 1397 roku została zawarta unia kalmarska, która połączyła pod jednym berłem Danię, Norwegię i Szwecję. Od samego początku prym w unii wiodła Dania. Z tego powodu Szwecja wyłamała się z paktu po niecałych 150 latach. Norwegia natomiast została w unii, sprowadzona w owym Królestwie Danii i Norwegii do roli prowincji.
Jakieś dwieście lat temu przypłynął tam statek
...czyli o duńskim zwierzchnictwie nad Grenlandią
Lata mijały, a Grenlandią nikt się specjalnie nie interesował. Co jakiś czas dopływały tam pojedyncze statki, których załoga liczyła na zdobycie nieprzebranych bogactw. Kroniki duńskie na przykład wspominają o fryzyjskiej wyprawie, która dopłynęła do północno-wschodnich rubieży wyspy w poszukiwaniu złota. Statek dobił do brzegu, członkowie załogi wysiedli na ląd i zobaczyli tam nędzne chatynki z kamienia. Dookoła nich leżało mnóstwo złota i srebra. Przybysze zaczęli zbierać bogactwa, ale kiedy wracali na statek, z domów wyłoniły się ogromne psy i brzydkie jak diabły postaci uzbrojone w łuki i strzały. Fryzyjczyków, którym nie udało się uciec, tubylcy rzekomo rozszarpali na strzępy. Średniowieczne kroniki wspominają także, że u wybrzeży Grenlandii mieszkały potwory. Opisywano je jako ogromne, człekokształtne postaci (jedna była żeńska, druga męska), których górna połowa ciała wystawała z wody, dolna zaś pozostawała stale zanurzona. Ich pojawienie się w pobliżu zawsze zapowiadało potężny sztorm. Oczywiście wydarzenia opisane w tych kronikach trudno uznać za historyczne fakty, niemniej jednak dowodzą one, że zarówno mniemanie, iż na Grenlandii jest mnóstwo bogactw, jak i wyobrażenie, iż jest to region pod wieloma względami straszliwy, sięgają wieków średnich.
Na początku XVII wieku do wybrzeży Grenlandii zaczęło dopływać coraz więcej statków handlowych. Europejczycy, najczęściej Duńczycy i Norwegowie, wymieniali drobiazgi (lusterka, noże, szklane koraliki), które przywieźli, na cenne skóry, futra i kły narwala, zwane przez nich fantazyjnie rogami jednorożca. Przy okazji uprowadzali rdzennych mieszkańców i wywozili do Europy, żeby zaprezentować królowi „dzikusów” mieszkających na Grenlandii. Los porwanych był w każdym przypadku straszliwy – jedni zapadali na rozmaite „europejskie” choroby i prędko umierali, inni jeszcze przed dotarciem do starego lądu rzucali się do lodowatej wody w rozpaczliwej próbie powrotu do domu. Z zapisków z tamtego okresu pochodzi informacja o pewnym Inuicie, który zaczynał płakać, ilekroć trzymał w ramionach dziecko. Autor tej notki skonstatował sucho, że pewnie na Grenlandii została jego żona i małe dziecko.
W tamtym czasie luterański duchowny Hans Egede (urodzony w 1686 roku), zaczął się interesować losem wikińskich osadników na Grenlandii. Wszak od prawie 300 lat nie było o nich żadnych wieści. Udał się więc do duńskiego króla Fryderyka V z prośbą o wysłanie go na wyspę w celu odnalezienia osadników, skontrolowania stanu ich wiary, a przy okazji przekonania ich do porzucenia religii katolickiej na rzecz protestantyzmu. Król przystał na taki pomysł, więc Egede zabrał się do przygotowań do wyprawy. W 1721 roku założył kompanię kupiecką Det Bergen Grønlandske Compagnie, która miała administrować przyszłą kolonią na wyspie i zajmować się wymianą handlową z kontynentem (tak, tak, Egede troszczył się nie tylko o zbawienie potomków wikingów, ale także o to, by całe przedsięwzięcie przyniosło zyski). 3 lipca tego samego roku statek o nazwie Haabet (Nadzieja) dopłynął do fiordu Nuup Kangerlua w południowo-zachodniej Grenlandii. Egede założył pierwszą osadę na położonej u jego ujścia wyspie Kangeq. Nazwał ją Wyspą Nadziei (Haabets Ø).
Misjonarz długo poszukiwał potomków Eryka Rudego, jednak tych już od dawna na Grenlandii nie było. Spotkał natomiast Inuitów. Takiego obrotu spraw się nie spodziewał, ale szybko dostrzegł w tej sytuacji swoją szansę i postanowił szerzyć Słowo Boże wśród zamieszkujących wyspę pogan. Stosunek Egedego do Inuitów był ambiwalentny. Początkowo misjonarz nimi gardził i nazywał prowadzącymi nędzne życie dzikusami, nieszczęśliwymi ignorantami niemającymi pojęcia o sztuce i nauce, głupimi i łatwowiernymi flegmatykami, czy niedbającymi o higienę prymitywami. Jednak w ciągu piętnastu lat, jakie spędził na wyspie, nabrał przekonania, że Inuici są też pod pewnymi względami wyjątkowi. Imponowało mu na przykład, że są pozbawieni pychy, zawiści i agresji, że żyją ze sobą w zgodzie, nie kradną, nie mordują i żyją praworządnie, mimo iż nie mają nad sobą żadnych władz. Swoją książkę Opisanie Grenlandii kończy więc tymi słowami: „O szczęśliwi ludzie! Czego więcej można wam życzyć oprócz tego, co już posiadacie? Nie macie bogactw, jednak bieda was nie martwi. Nie żyjecie w dostatku, jednak nie cierpicie z powodu pragnień. Nie ma wśród was pychy, nie ma także pogardy. Nie ma wśród was szlachty ani wyższych rangą, ale nie ma też niewolnictwa. Cóż jest słodsze niż wolność? Cóż więcej szczęścia daje niż zadowolenie?”.
Mimo iż Egede uznał wolność za najsłodszą wartość, uważał jednocześnie, że najlepszym, co może spotkać Inuitów, jest objęcie ich opieką duńskiego króla, tak by pewnego dnia mogli czerpać z „najwspanialszych błogosławieństw” wynikających z jego „szczęśliwego panowania”. No i oczywiście uważał, że muszą porzucić pogańską wiarę i przyjąć chrześcijaństwo. Z zapałem przystąpił do nawracania Inuitów, acz skutki tego były dość mierne. Z przerażeniem obserwował, że o ile przyjmują chrzest, to o gorliwości ich wiary trudno mówić. Przypisywał to „wrodzonej łatwowierności” Inuitów, którym można wmówić dosłownie wszystko. Inuici nie dyskutowali z misjonarzem o nowej wierze, nie spierali się z nim w żadnej religijnej kwestii, po prostu akceptowali to, co im mówił, bez większego entuzjazmu i z zadziwiającym dla Egedego chłodem. W 1733 roku statek zaopatrzeniowy z Danii przywiózł na Grenlandię wirusa ospy. Choroba szybko rozprzestrzeniła się wśród wszystkich mieszkańców. W jej wyniku zmarła między innymi żona Egedego – Gertrud. Misjonarz zabrał ciało ukochanej na statek i wrócił do Danii. Na wyspie zostali jego dwaj synowie, żeby kontynuować dzieło ojca. Po powrocie do Kopenhagi Egede otrzymał tytuł biskupa Grenlandii.
Wśród Inuitów Hans Egede jest postacią kontrowersyjną. W 1985 roku zespół Unneraarsuit nagrał piosenkę zatytułowaną Toornaarsuk (inaczej: Torngarsuk – w mitologii inuickiej nadrzędny władca mórz, śmierci, wielorybów i przyjaznych duchów) sławiącą dawną kulturę i winiącą biskupa za jej zniszczenie:
W 1721 przybył do krainy ludzi Egede,
przywiózł ze sobą Biblię zawierającą diabła
diabelski potrzask Egede (...)
Nazwał Toornaarsuka złym
Pomnik misjonarza stojący w Nuuk był już kilkukrotnie dewastowany. Ostatni raz w 2020 roku podczas ogólnoświatowych protestów antykolonizatorskich, będących następstwem ruchu Black Lives Matter – monument oblano czerwoną farbą, a laskę biskupią przerobiono na bicz. Na postumencie wymalowano napis DECOLONIZE (dekolonizować) i kilka wzorów charakterystycznych dla tradycyjnych inuickich tatuaży. Krótko po tym wśród mieszkańców miasta zorganizowano głosowanie, czy pomnik należy usunąć. Za było 600 osób, przeciwko 921. Ostatecznie pomnik został na miejscu, ale postanowiono nie celebrować przypadającej na następny rok trzechsetnej rocznicy przybycia misjonarza na wyspę. Dla wielu Grenlandczyków Egede stanowi symbol kolonizacji, a jego pomnik, stojący na wzniesieniu niczym Chrystus w Świebodzinie, to nic innego jak oznaka kolonijnej przemocy. W 2028 roku mija trzysta lat od założenia przez Egedego Nuuk (wówczas nazwanego Godthåb, co znaczy: dobra nadzieja). Ciekawe, czy miasto zdecyduje się na zorganizowanie jej obchodów, a jeśli tak, to w jakiej formie.
Mimo iż Egede uważał, że jego misja zakończyła się porażką, niewątpliwie zapoczątkował ciąg wydarzeń, który na zawsze zmienił Grenlandię. Maszyna ruszyła – zaczęły powstawać następne osady kolonistów, na wyspę przybywali coraz to nowi kupcy i misjonarze (ci ostatni nie tylko z ojczyzny Egedego, ale również z Moraw, a później z USA), a Inuitom zaczęto narzucać zachodnie wartości i styl życia. Jednocześnie zwalczano ich język i kulturę oraz wmawiano im, że są głupi i prymitywni. Doprowadziło to do tego, że Inuici zaczęli się wstydzić swoich tradycji i masowo je porzucać. Kulturowe ludobójstwo rozpoczęło się na dobre.
Królestwo Danii i Norwegii powolutku umacniało swoją kontrolę nad wyspą. Początkowo owa kontrola była zupełnie nieformalna i raczej średnio ugruntowana. Zmieniło się to w 1814 roku po zawarciu traktatu kilońskiego. Zgodnie z jego postanowieniami Dania miała oddać Norwegię Szwecji, ale zatrzymać sobie Grenlandię. Dlaczego tak się stało, skoro kolonizacja Grenlandia była przedsięwzięciem duńsko-norweskim? Historycy uważają, że jedynym powodem, dla którego wyspa nie trafiła wraz z Norwegią pod kontrolę szwedzką, była obawa Wielkiej Brytanii, która pośredniczyła w zawarciu traktatu, że Szwecja stałaby się w ten sposób zbyt potężna. Tak oto duńska kontrola nad Grenlandią została oficjalnie przypieczętowana.
W swojej wypowiedzi z 13 marca 2025 roku prezydent Trump pewne fakty przeinaczył, a inne pominął. Pierwszy statek duńsko- -norweskich kolonistów przypłynął na Grenlandię nie 200, ale ponad 300 lat temu – zaledwie 114 lat po tym, jak Susan Constant, Godspeed i Discovery dopłynęły do brzegów dzisiejszego stanu Wirginia. Nasuwa się więc oczywiste pytanie – czym różniły się te sytuacje? W obu przypadkach mieliśmy do czynienia ze statkami europejskich kolonistów, które przybyły na ziemię już przez kogoś zamieszkaną, z zamiarem osiedlenia się i czerpania zysków. Podstawy zwierzchnictwa Danii nad Grenlandią są więc dokładnie takie same jak Anglików (czyli późniejszych Amerykanów) nad USA. Trump ewidentnie tej analogii nie dostrzega, a może te 114 lat stanowi taką zasadniczą różnicę? Zapomniał też najwyraźniej, że na początku XX wieku Stany Zjednoczone oficjalnie uznały zwierzchnictwo Danii nad Grenlandią i potwierdziły, że nie będą sprzeciwiać się rozszerzaniu politycznych i gospodarczych interesów Królestwa na cały obszar wyspy. W zamian Dania zgodziła się sprzedać USA swoje kolonie na Morzu Karaibskim – wyspy Saint Thomas, Saint John i Saint Croix, czyli tak zwane Duńskie Indie Zachodnie. W tamtym czasie zamorskie interesy Stanów Zjednoczonych koncentrowały się przede wszystkim w rejonie Karaibów w związku z budową Kanału Panamskiego. Grenlandia nie wydawała im się wówczas szczególnie istotna. Tak czy siak, w wyniku podpisanego w 1916 roku traktatu Dania utraciła swoje kolonie na Karaibach, ale zyskała 25 mln dolarów w złocie i uznanie przez Wujka Sama swojej wyłącznej kontroli nad Grenlandią.
Niniejszy tekst to fragment książki Pauliny Tondos pt. Grenlandia. Ulotny duch Północy, wyd. Bezdroża (Helion)
Czytaj też:
Co dalej z Grenlandią? Duńczycy już raz zrobili z Ameryką dobry terytorialny dealCzytaj też:
Spór o Grenlandię. UE zagrozi Trumpowi zamknięciem baz USA?Czytaj też:
Sprawa Grenlandii. Do akcji wkracza Watykan
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
