Lisowczycy - polscy jeźdźcy apokalipsy
  • Marek GałęzowskiAutor:Marek Gałęzowski

Lisowczycy - polscy jeźdźcy apokalipsy

Dodano: 
Lisowczyk
Lisowczyk Źródło: Wikimedia Commons
Na zachodzie Europy nazywano ich jeźdźcami apokalipsy lub też mniej poetycko – „Teufel und Bluthunde”, czyli diabłami i oprawcami, którymi matki straszyły dzieci jeszcze przez wiele lat po wojnie trzydziestoletniej.

Wojna o tron rosyjski między Rzeczpospolitą a Moskwą, rozpoczęta jesienią 1609 r., mimo znacznych triumfów Polaków – takich jak wielkie zwycięstwo pod Kłuszynem, a następnie zajęcie Moskwy (odbitej jednak przez Rosjan w listopadzie 1612 r.) – była daleka od zakończenia. W następnym roku Sobór Ziemski wybrał na cara Michała Romanowa, który dał początek dynastii rządzącej Rosją przez niemal trzy następne wieki. Król Polski Zygmunt III Waza nie uznał nowego władcy. Wojna trwała nadal, lecz teraz Moskwa przeszła do ofensywy, atakując Smoleńsk, uważany za bramę wjazdową do Rzeczypospolitej.

W tej sytuacji hetman wielki litewski Jan Karol Chodkiewicz zdecydował o zdynamizowaniu polskich działań wojskowych i zaatakowaniu ziem moskiewskich dotychczas nieobjętych wojną. Liczył na to, że nowa kampania pozwoli pozbyć się przy okazji części żołnierzy, którzy brali udział w poprzednich zmaganiach z Moskwą. Ci bowiem, nieopłaceni, bezkarnie hulali po ziemiach Rzeczypospolitej, przemocą ściągając swoje prawdziwe i urojone należności. Tego, jak poważnym problemem były te grabieże, dowodzą słowa ówczesnego poety, który zastanawiając się, czy gorszy żołnierz czy diabeł, twierdził, że ten pierwszy, gdyż „czart duszę, a ten wszystko bierze”.

Infamia i chwała pułkownika

Przygotowanie wyprawy zlecono płk. Aleksandrowi Józefowi Lisowskiemu. Kariera wojskowa Lisowskiego, szlachcica herbu Jeż, zaczęła się, kiedy pod koniec XVI w. opuścił niewielki majątek rodzinny na Wileńszczyźnie. Zamierzał szukać szczęścia w wojaczce, a ponieważ w Rzeczypospolitej nie było to wówczas możliwe, wyruszył do Mołdawii, by służyć hospodarowi Jeremiaszowi Mohyle, prowadzącemu wojnę z Michałem Walecznym – władcą sąsiedniej Wołoszczyzny.

Wkrótce w ten konflikt wmieszała się także Polska. Na ziemie wołoskie wkroczył hetman wielki Jan Zamoyski i pokonał wojska Michała Walecznego pod Bukowem. Wówczas Lisowski zaciągnął się pod sztandary słynnego wodza, a później do chorągwi husarskiej, w której służył jako towarzysz, bijąc się ze Szwedami w Inflantach w 1604 r. Kiedy okazało się, że w skarbie Rzeczypospolitej brak pieniędzy nie tylko na dalsze prowadzenie wojny, ale nawet na zapłacenie zaległego żołdu, Lisowski stanął na czele zawiązanej przez wojsko konfederacji, która odmówiła dalszej walki. Rozgoryczony postępowaniem żołnierzy wódz polski hetman Jan Karol Chodkiewicz potępił Lisowskiego, uznając go za prowodyra buntu. Wkrótce też ukarano go infamią, czyli utratą czci i praw politycznych.

Pomimo ciążącej na nim kary trzy lata później Lisowski dowodził chorągwią walczącą po stronie zbuntowanych przeciw królowi Zygmuntowi III Wazie magnatów, na czele których stał Mikołaj Zebrzydowski. Do konfrontacji rokoszan ze stronnikami króla doszło pod Guzowem. Tam też ponownie przecięły się drogi Lisowskiego i Chodkiewicza, hetman był bowiem jednym z dowódców wojsk wiernych monarsze. Po przegranej rokoszan Lisowski, niechętny statecznemu życiu ziemianina, udał się do pogrążonej w wielkiej smucie Rosji.

Zaoferował swoją służbę Dymitrowi Samozwańcowi II. Był jednym z wielu Polaków, których chęć przygód i wzbogacenia się pchnęły w szeregi stronników „Łżedymitra”, jak pogardliwie nazywali tego pretendenta do carskiego tronu Rosjanie. Przy samozwańcu Lisowski sformował oddział jazdy i na jego czele spustoszył ziemię riazańską, zdobył Kołomnę i – jak twierdził później – dotarł aż do Astrachania, a nawet nad brzeg Morza Kaspijskiego. Henryk Wisner, znawca ówczesnych stosunków polsko-moskiewskich i dziejów samych lisowczyków, uznał, że jest to całkiem prawdopodobne.

Po wybuchu wojny między Rzecząpospolitą a Moskwą Lisowski porzucił Dymitra II i przeszedł pod sztandary króla Zygmunta. Stracił wtedy wielu ludzi, którzy nie zamierzali wspierać pretendującego do moskiewskiego tronu polskiego monarchy i woleli zostać przy gwarantującym łupy i bezkarność samozwańcu. Pod Smoleńskiem Lisowski uzyskał zgodę króla na zaciąg żołnierzy, wkrótce też Sejm Rzeczypospolitej zniósł nałożoną na niego karę infamii. Wojna wciąż bowiem trwała, a ludzie z takim doświadczeniem byli potrzebni królowi. Lisowski bił się na ziemi nowogrodzkiej, a później, udobruchawszy niechętnego sobie hetmana Chodkiewicza, dostał od niego polecenie wyprawy przeciwko oddziałom moskiewskim blokującym Smoleńsk. Sukces osiągnięty w tych działaniach przekonał Chodkiewicza, by w 1615 r. powierzyć Lisowskiemu misję specjalną.

Przez rosyjskie bezkresy

Chodkiewicz szukał sposobu szybkiego rozstrzygnięcia prowadzonej od kilku lat wojny. W tym celu nakazał Lisowskiemu przeprowadzenie niszczącej wyprawy w głąb niedotkniętych działaniami wojennymi ziem rosyjskich, z których Moskwa czerpała środki do prowadzenia walki. Pułkownik, na czele lekkiej jazdy liczącej niewiele ponad tysiąc żołnierzy, wśród których byli Kozacy i niemieccy najemnicy, wyruszył spod Briańska. Próba zatrzymania go pod Orłem przez słynnego rosyjskiego wodza księcia Dymitra Pożarskiego zakończyła się niepowodzeniem. Niepowstrzymywana przez nikogo kawaleria skierowała się przez Wiaźmę i Rżew na północny wschód, ale wbrew legendzie jej szlak biegł dość daleko na południe od Jeziora Białego, które lisowczycy nazywali Oceanem Lodowym.

Po zdobyciu miasta Romanow, co urosło do symbolicznego sukcesu wyprawy, jazda Lisowskiego przekroczyła Wołgę i dotarła do Galicza, daleko na północny wschód od Moskwy. Dalszy marsz zahamowały nie tyle ciężkie warunki, ile brak prochu, co zdradził Rosjanom niejaki Ruszkowski, jeden z podległych Lisowskiemu dowódców. Wówczas to Lisowski zdecydował o skręceniu na południowy zachód i przez Suzdal, Kołomnę, Tułę, mijając Smoleńsk, przekroczył granicę Rzeczypospolitej, nie tracąc żadnej ze swoich ośmiu chorągwi. „Obrócił tereny, przez które przeszedł, w perzynę, zapisał się w pamięci ludzkiej na pokolenia, a mimo to jego wypad pozostał bez wpływu na przebieg rokowań” – podsumował Henryk Wisner. Pertraktacje polsko-moskiewskie podjęte ponownie po tej wyprawie nie zakończyły bowiem wojny.

Wyprawa Lisowskiego była jednak niewątpliwie spektakularnym wyczynem, dla jej uczestników zaś – ludzi nienawykłych do codzienności – przy okazji wielką przygodą. Sugestywnie pisał o tym jej uczestnik Jarosz Kleczkowski, później jeden z dowódców lisowczyków: „Nie pochyliły nas lodowego morza niewczasy, który próżnujący w ciepłej izbie z trudnością na mapie znajdują”. Rajd Lisowskiego i jego ludzi przyćmił też wcześniejszy wyczyn Krzysztofa Radziwiłła „Pioruna”. Ten, w czasie wojny Stefana Batorego z Iwanem IV Groźnym, gdy Polacy oblegali Psków, wtargnął ze swoją kawalerią w głąb państwa moskiewskiego, pustosząc je aż do Wołgi. Kiedy wrócił pod mury Pskowa, jego żołnierze kazali się nazywać Persjanami, twierdząc, że dotarli aż do Persji.

Lisowczycy daleko przekroczyli Wołgę w jej górnym biegu, chociaż podobnie jak ludzie „Pioruna” przesadzali, opowiadając o swoich przewagach na bezkresach Moskwy. Niemniej rozmach wyprawy przyczynił się do powstania rozmaitych fantastycznych opowieści na jej temat. Wśród nich znalazła się bajeczna wizja Samuela Twardowskiego, który pisał, że lisowczycy, błąkając się po północnych krańcach Rosji, natknęli się na świątynię Złotej Baby – bogini czczonej przez Słowian w czasach pogańskich. Wejścia do niej strzegł ogromny pies, a w środku roiło się od węży i bliżej nieokreślonych poczwar, nazywanych przez poetę hydrami. Widok ten bynajmniej nie przestraszył dzielnych lisowczyków, którzy zgładzili potwory, zniszczyli posąg i wywieźli ze świątyni wielkie skarby.

Biała Góra i Chocim

Aleksander Józef Lisowski nie cieszył się długo sławą pierwszego konkwistadora Rzeczypospolitej. Rok później – w 1616 r. – zmarł wskutek nieszczęśliwego upadku z konia, co w Moskwie przyjęto z wielką radością. Pułk lekkiej jazdy, którego żołnierzy nazwano lisowczykami, istniał jednak nadal. Rychło ponownie wyruszył w pole, tym razem w armii królewicza Władysława Wazy pod Moskwę, bijąc pod Kaługą wojska niemającego szczęścia do lisowczyków Pożarskiego. Były to ostatnie akordy tej fazy konfliktu, przerwanego rokowaniami, które rozpoczęły się pod murami Moskwy, a zakończyły rozejmem w Dywilinie w pierwszych dniach 1619 r.

Wojna była żywiołem lisowczyków i kiedy wygasła na wschodzie, znaleźli ten żywioł gdzie indziej. Konflikt między cesarzem Ferdynandem II Habsburgiem a jego czeskimi poddanymi, który wkrótce przerodził się w wojnę trzydziestoletnią, skłonił do wystąpienia przeciw cesarzowi księcia siedmiogrodzkiego Gábora Bethlena. Zamierzając zjednoczyć ziemie węgierskie, rzucił on wyzwanie cesarzowi i obległ Wiedeń. Ferdynand poprosił o pomoc Zygmunta III Wazę, a ten pozwolił na zaciągnięcie się do służby cesarskiej lisowczyków. Uczynił to chętnie, gdyż po powrocie z Moskwy na Litwę znowu zaczęli utrzymywać się z łupienia majątków królewskich i prywatnych.

Błyskawiczna akcja lisowczyków, którzy pod Humenném na Słowacji rozgromili wojska siedmiogrodzkie, skłoniła Bethlena do odwrotu spod Wiednia. Lisowczycy wrócili do kraju, lecz – ku powszechnej radości – nie zagrzali tu długo miejsca. Część ruszyła wkrótce z hetmanem Stanisławem Żółkiewskim do Mołdawii i zginęła podczas nieszczęśliwego odwrotu spod Cecory. Większość jednak pod dowództwem Jarosza Kleczkowskiego wróciła do służby cesarskiej. W bitwie pod Białą Górą, która była katastrofą dziejową Czechów, lisowczycy przyczynili się do zwycięstwa wojsk cesarskich, o czym świadczyło zdobycie przez nich ponad 50 chorągwi.

Przerwali jednak swój udział w wojnie, kiedy ośmieleni zwycięstwem pod Cecorą Turcy wtargnęli w granice Rzeczypospolitej. Wezwani do powrotu przez króla Zygmunta walczyli mężnie w wielodniowej bitwie pod Chocimiem w 1621 r., pod komendą starego znajomego, hetmana Jana Karola Chodkiewicza. Chorągwie lisowczyków straciły wielu ludzi i blisko połowę dowódców, a chwały ich udziału w batalii chocimskiej nie zmniejsza to, że kiedy w zwycięskim kontrataku dotarli do tureckiego obozu, instynkt zdobywania łupów okazał się silniejszy niż dyscyplina wojskowa.

Postrach zwykłych ludzi

Już rok po najeździe tureckim na Polskę większość lisowczyków podążyła ponownie na pola bitew wojny trzydziestoletniej, tym razem na Śląsk, a później do Rzeszy Niemieckiej. Tam, w toku prowadzonych walk, przekroczyli Ren. Co interesujące, dobrze i na czas opłacani odznaczali się większą karnością niż w przeszłości, co podkreślali ich cesarscy sojusznicy. Kiedy jednak w działaniach wojennych następowała przerwa, wracali do kraju i znów dawali się we znaki ludności, chociaż trzeba przyznać, że często na konto lisowczyków szły winy innych niepłatnych i pozbawionych zajęcia żołnierzy.

W końcu przebrała się jednak miara – w 1624 r. Sejm Rzeczypospolitej potępił rozboje lisowczyków i zezwolił szlachcie najbardziej narażonych województw na ich zwalczanie, gdyby zaistniało zagrożenie ładu wewnętrznego. Los tych, którzy pozostali na wojennej ścieżce z własnym państwem, był srogi. W czerwcu 1625 r. w Krakowie powieszono 24 lisowczyków schwytanych na grabieży, a pod Tulczynem zadał im klęskę kasztelan wołyński Karol Samuel Korecki. Część lisowczyków przyjęto do służby w wojskach kwarcianych, utrzymywanych z dochodów królewskich. Pod dowództwem ostatniego w swojej historii pułkownika Mikołaja Moczarskiego, brali oni udział w odparciu najazdu szwedzkiego króla Gustawa II Adolfa na Pomorze.

Pozostała po nich legenda zdobywców, przemierzających nieskończone i tajemnicze przestrzenie Moscovi, polski akcent w malarstwie Rembrandta, heroizująca ich dokonania powieść Antoniego F. Ossendowskiego, ale i skarga na ich okrucieństwa księcia Fiodora Mścisławskiego w „Dumie o hetmanie” Stefana Żeromskiego. Na zachodzie Europy nazywano ich jeźdźcami apokalipsy lub też mniej poetycko – „Teufel und Bluthunde”, czyli diabłami i oprawcami, którymi matki straszyły dzieci jeszcze przez wiele lat po wojnie trzydziestoletniej. Lisowczyk, ten nieznający strachu żołnierz, budził bowiem grozę najpierw mieszkańców carstwa moskiewskiego, a później jego imię zyskało podobnie wątpliwą sławę od Słowacji do Lotaryngii.

Marek Gałęzowski

Artykuł został opublikowany w 10/2013 wydaniu miesięcznika Historia Do Rzeczy.