Niebawem, dokładnie 2 września, minie 40 lat od śmierci Stanisława Grochowiaka, jednego z najwybitniejszych poetów polskich drugiej połowy zeszłego wieku. W PRL zrobił zawrotną karierę, został usytuowany na absolutnym szczycie hierarchii literackiej, by następnie – jeszcze za życia – zostać z niego strącony. Już w latach 70. widać było, że – jak pisze Lidia Sadkowska-Mokkas w wydanej właśnie biografii poety „Menuet z Grochowiakiem” – jego „dorobek twórczy rośnie, ale renoma słabnie”.
Zaczęły mnożyć się ataki na niego, mające głównie podtekst polityczny, zarzucano mu bowiem nadmierny serwilizm wobec władzy, o czym pisać wprost w cenzurowanej prasie nie było można, za to ochoczo wypunktowywano rzekome słabości jego pisarstwa, tak jak to uczynił Julian Kornhauser w napisanym razem z Adamem Zagajewskim „Świecie nie przedstawionym” (1974), w którym wywodził, że „dla Grochowiaka wyznacznikiem literackości tekstu poetyckiego jest stopień jego stylizacji, klasyczność rygorów, operowanie utartymi motywami kulturowymi. Wiersz staje się zabawką. Horyzont ograniczony do podwórka”.
Po śmierci twórcy „Rozbierania do snu” przez dłuższy czas jeśli go wspominano, to zazwyczaj w kontekście jego alkoholizmu, będącego przyczyną przedwczesnej śmierci poety w wieku 42 lat. Wywołało to w końcu, w 1999 r., jak najbardziej uzasadniony protest rodziny Stanisława Grochowiaka: „Od lat już pisze się o Grochowiaku niemal wyłącznie w kontekście jego choroby alkoholowej i życia rodzinnego, zapominając, jakie są przyczyny, że znalazł się w encyklopediach, lekturach szkolnych, wreszcie na półkach księgarń i bibliotek […]. Panowie, wyjmijcie wreszcie Grochowiakowi kieliszek z dłoni, włóżcie mu w to miejsce pióro!”.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
