Zapomniani odkrywcy

Zapomniani odkrywcy

Dodano: 
Lato na wybrzeżu Grenlandii około roku 1000, mal. Carl Rasmussen (1875)
Lato na wybrzeżu Grenlandii około roku 1000, mal. Carl Rasmussen (1875) Źródło: Wikimedia Commons
Średniowieczni Europejczycy nie bali się świata. Eksplorowali najdalsze nawet zakątki ziemi, burząc przy okazji mityczne wyobrażenia o krainach zamieszkałych przez potwory.

Po upadku Imperium Rzymskiego na barbarzyńskim Zachodzie świat rysowano według tak zwanego „wzoru O-T”. Ocean oblewał wszystkie trzy nagryzmolone schematycznie kontynenty, przebierając kształt okręgu. Poprzeczna belka litery T symbolizowała Nil i Dniepr lub Wołgę. Nad nią, umieszczona z jakiegoś powodu na górze mapy, była Azja. Linię pionową tworzyło Morze Śródziemne oddzielające Europę i Afrykę. W centrum świata znajdowała się Jerozolima, gdzieś w głębi Azji biblijny raj. Przez całą Azję ze wchodu na zachód biegł jeden łańcuch górski. Na stepach wciąż cwałowały amazonki, w Hirkanii ptaki świeciły w nocy, w Kapadocji klacze zapładniano wiatrem. Można tu było spotkać psiogłowców, cyklopów, ludożerców i skaczących na jednej nodze hymantopidów. Rewelacje o potworach, często żywcem kopiowane z cudem ocalałych dzieł antycznych, ogłaszali nawet intelektualiści naprawdę dużego kalibru, jak Adam z Bremy.

Pogrążenie się w geograficznej niewiedzy nie było winą Europejczyków. W VII w. Arabowie odcięli cywilizację zachodnią od bezpośrednich kontaktów w Indiami. Przez setki lat, aż do czasów Vasco da Gamy, żaden zachodnioeuropejski czy nawet bizantyński statek nie mógł pływać między Morzem Czerwonym a trójkątnym subkontynentem. Ostatnia bizantyńska podróż odbyła się, jak podaje John R.S. Phillips, w 719 r. Z Chinami było jeszcze gorzej. Bezpośrednia antyczna droga do Państwa Środka, którą podróżowali dawniej rzymscy dyplomaci, biegła przez Ocean Indyjski.

Mnisi żeglarze

Nie trzeba było czekać na Henryka Żeglarza czy Vasco da Gamę, aby zweryfikować istnienie baśniowych krain. Pierwsi odkrywać nowe ziemie ruszyli Irlandczycy. Najsłynniejszym z nich był św. Brendan Żeglarz żyjący w latach 484–576. Mnisi podróżnicy nie szukali szlaków handlowych, złota czy ziemi. Nie musieli uciekać przed normańskimi barbarzyńcami. Nieśli Słowo Boże ku nieznanej północy i poszukiwali tajemniczych Wysp Błogosławionych leżących wśród mgieł na krawędzi świata. Brendan nie odnalazł tych wysp, przeżył jednak mnóstwo przygód. Morski potwór, na którego grzbiecie wylądował swoją łajbą, był najprawdopodobniej wielorybem, a piekielne ognie widziane na mroźnej północy były niczym innym jak wulkanami Islandii. Irlandzcy mnisi byli zatem pierwszymi ludźmi, którzy dotarli do ziem, które starożytni określali mianem Thule. Skąd w opowieściach mnichów tyle baśniowości? Wyjaśnia to badacz dziejów Celtów Stefan Czarnowski, porównując ich do Greka: „Zawszeć jednak patrzy on na morze realistycznie. Inaczej w Irlandii. Dla Celta morze jest żywe. […] rzec można bez przesady, że Irlandczycy są w Europie pierwszymi poetami morza. Bo też Celtowie wyspiarscy byli w pierwszym rzędzie powołani do tej roli”.

Następcom Brendana nie w głowie było poszukiwanie wiosennych wysp zamieszkałych przez czarodziejki. Uciekali przed płowowłosymi olbrzymami ze Skandynawii, którzy od końca VIII w. pustoszyli Wyspy Brytyjskie. Uciekinierzy osiedlili się na Islandii i, co bardzo prawdopodobne, na Grenlandii. Nie wiemy, czy wymarli czy też powrócili na południe. Dość powiedzieć, że przybywający po nich wikingowie byli zdziwieni, gdy na krańcu świata ujrzeli w opuszczonych chatach z darni i kamieni pastorały i chrześcijańskie księgi.

Artykuł został opublikowany w 8/2023 wydaniu miesięcznika Historia Do Rzeczy.

Autor: Jakub Ostromęcki