"Powstanie łódzkie". Jak łodzianie walczyli z caratem

"Powstanie łódzkie". Jak łodzianie walczyli z caratem

Dodano: 2
Fabryka Ludwika Geyera, Łódź
Fabryka Ludwika Geyera, Łódź Źródło: Dziennik Łódzki; Grzegorz Gałasiński
„Powstanie łódzkie”, bo tak można nazywać wydarzenia z czerwca 1905 r., stanowiło jedną z najchlubniejszych kart w dziejach miasta. Łódzcy robotnicy zbudowali – jak to określił Tadeusz Bogalecki – „barykady wolności i godności”.

Przeciągająca się wojna rosyjsko-japońska obnażyła wszystkie słabości imperium Romanowów. Całe imperium znalazło się w głębokim kryzysie społecznym i politycznym. Już w 1904 r. widać było narastające napięcie, postulaty zaś rozmaitych reform były formułowane w coraz odważniejszy sposób.

Niniejszy tekst to fragment książki „Łódź. Historia miasta poprzez wieki”, t. 2, pod redakcją prof. Jarosława Kity, wydanej nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Łódzkiego. Autorem prezentowanego fragmentu jest dr hab. Kamil Śmiechowski.

Również w Łodzi robiło się niespokojnie – agitatorzy partii socjalistycznych zintensyfikowali swoją działalność, doprowadzając do kilku nielegalnych demonstracji. Po masakrze pokojowej manifestacji robotników Petersburga w Krwawą Niedzielę 22 stycznia 1905 r. w całym imperium Romanowów wybuchła fala solidarnościowych strajków i protestacji. Objęła ona oczywiście także Łódź, która szybko stała się jedną z głównych scen wydarzeń, mających przejść do historii pod nazwą rewolucji 1905–1907 roku.

Łódź w dobie rewolucji

Już 28 stycznia w mieście strajkowało 100 tys. osób. Ich postulaty z początku miały charakter ekonomiczny – strajkujący domagali się ośmiogodzinnego dnia pracy, minimum 15–20 kopiejek za godzinę czy zorganizowania robót publicznych dla bezrobotnych. Robotnice i robotnicy żądali m.in. zakładania ochronek i szkół, wprowadzenia urlopów macierzyńskich, ubezpieczeń społecznych i rozszerzenia opieki lekarskiej o rodziny zatrudnionych w zakładach. Były też i postulaty o charakterze godnościowym. Strajkujący oczekiwali zmian w regulaminach fabrycznych, bardziej podmiotowego traktowania przez majstrów oraz uznania powołanych przez nich delegacji. Chcieli, by każda fabryka miała swoją własną „konstytucję”, czyli nienaruszalny zbiór zasad regulujących stosunki między pracodawcami a pracownikami.

Pierwsza fala strajkowa trwała do końca lutego i zakończyła się sukcesem strajkujących. Fabrykanci, ewidentnie przerażeni sytuacją, po burzliwych naradach w Grand Hotelu, w większości zgodzili się na ustępstwa. Liczyli, że w ten sposób szybko ugaszą raz rozpaloną rebelię. Podobnie rozumował gubernator piotrkowski Michaił W. Arcimowicz.

Kolejne fale strajków nawiedzały jednak Łódź przez cały rok. Rozszerzała się baza strajkujących – pracę przerywali już nie tylko pracownicy wielkich fabryk, ale też przedstawiciele innych zawodów oraz uczniowie szkół średnich zarówno państwowych gimnazjów, jak i prywatnych oraz rozmaitych pensji, którzy protestowali przeciwko uciskowi rusyfikacyjnemu w oświacie. Z czasem pojawiało się coraz więcej żądań zmian ustrojowych w Rosji, a także ustanowienia autonomii Polski. W trakcie najbliższych dwóch lat Łódź stała się, używając słów Grzegorza Krzywca, laboratorium nowoczesnej polityki. Partie, do tej pory zakonspirowane, stały się masowymi organizacjami, liczącymi po kilka-, kilkanaście tysięcy osób. Miasto dotąd dość senne politycznie, nagle zamieniło się w arenę, na której rywalizowały masowe ruchy polityczne, a kolejne dni przynosiły informacje o następnych strajkach, manifestacjach, odczytach publicznych, nowych stowarzyszeniach i związkach zawodowych, walkach ulicznych i… zabójstwach politycznych.

„Łódź. Historia miasta poprzez wieki”, t. 2, pod red. J. Kity, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego

Po kolejnym wzmożeniu strajków i demonstracji, które przypadło na święta 1 i 3 maja 1905 r. i kosztowało życie co najmniej sześciu osób, napięta sytuacja w mieście panowała aż do połowy czerwca. W powietrzu wisiała groźba, że może wydarzyć się coś naprawdę tragicznego. Robotnicy, na ogół niewyrobieni politycznie, byli grupą, w której każda iskra mogła wywołać pożar. 18 czerwca patrol złożony z sześciu kozaków, 18 dragonów i konnego policjanta zaatakował tłum wracający z Łagiewnik. Odbywające się tam majówki na ogół przybierały formę festynów, ale w roku 1905 sprawy miały się inaczej – pochód miał charakter polityczny, a jego uczestnicy nieśli czerwone sztandary i śpiewali pieśni rewolucyjne. Uroczysty pogrzeb pięciu ofiar, odprawiony 20 czerwca, przebiegł jednak spokojnie, głównie dzięki biernej postawie służb. Bierność ta była jednak krytykowana zarówno przez ich przełożonych, jak i część łódzkich przemysłowców. 21 czerwca miasto obiegła plotka o śmierci dwóch kolejnych, żydowskich ofiar zajść z 18 czerwca i ich potajemnym pochówku. W Boże Ciało doszło do masakry. Około 70 tys. osób, uczestniczących w wielkiej manifestacji, która zgromadziła się na Piotrkowskiej, zostało zaatakowanych w rejonie skrzyżowania z ulicami Pustą i Karola (ob. F. Żwirki i S. Wigury). Wszystko wskazuje, że była to zaplanowana akcja. Polec miało 21 osób, osiem było rannych, dziesięć stratowanych. Napięte stosunki między władzami carskimi a społeczeństwem Łodzi przerodziły się w starcie zbrojne. Na ulicach miasta pojawiły się słynne barykady.

Łódzkie barykady

W nocy z 22 na 23 czerwca mieszkańcy Łodzi przystąpili do budowy barykad. Zapory te, mające zapewnić ochronę przed strzałami oraz szarżami wojska i kozaków, zbudowane pospiesznie z dostępnych pod ręką materiałów, pojawiły się na wielu ulicach miasta. Ich łączną liczbę szacuje się na około 100. Najsłynniejsze stanęły na rogu ulic Wschodniej i Południowej (ob. Rewolucji 1905 r.). Niektóre sięgały nieomal pierwszego piętra. Dawały one pewne minimum bezpieczeństwa w mieście, w którym od kilku godzin toczyły się nieustanne walki. Strzelano do wojska z bram, dachów i okien. Nie była to jednak równa walka – karabiny rywalizowały z nielicznymi browningami, kamieniami i wszystkim, co walczący robotnicy mieli pod ręką. Robotnice i robotnicy nie tylko bronili się przed atakami kozaków, ale również i sami atakowali. Ich ofiarami padali jednak nie tylko żołnierze, lecz także sklepy monopolowe, których rabowanie pozwalało choć trochę poprawić uzbrojenie walczących.

Łódź, pałac Izraela Poznańskiego (dziś Muzeum Miasta Łodzi)

Chociaż PPS próbowała zdobywać broń nawet w dalekiej Japonii, nie jest prawdziwą teza, że walki barykadowe na ulicach Łodzi były w jakikolwiek sposób zaplanowane. Bojowcy na czele z Walerym Sławkiem, który był wówczas obecny w mieście, nie byli w stanie sprawnie pokierować akcją. Był to spontaniczny zryw łodzian, którzy nie zgadzali się dłużej na deptanie ich godności. Jednym z nich był przyszły prezydent Łodzi, wówczas dwudziestoletni Aleksy Rżewski (1885–1939). Po latach wspominał: „myśl, że za chwilę będę mógł zmierzyć się z tymi, którzy nas gnębią, mordują i okradają, nastroiła mnie mściwie i wojowniczo. Zwróciłem się do kolegów z przemową, że mamy zaszczyt walczyć po raz pierwszy o wolność i niepodległość z odwiecznym wrogiem naszym – z caratem!”

Przesądzona porażka?

Czerwcowa walka łódzkich robotników od samego początku nie miała szans powodzenia, z czego zdawali sobie sprawę nawet niektórzy działacze ruchu robotniczego. Do gubernatora piotrkowskiego udali się Alfred Biedermann i J. Kunitzer, którzy apelowali o szybkie ugaszenie rewolty. Ten ostatni miał nawet poprosić o sprowadzenie do Łodzi „energicznego generała”, który spacyfikowałby miasto. Kunitzer od dawna domagał się od władz radykalnych środków w walce z rewolucją. Już w kwietniu żądał aresztowania wszystkich strajkujących. „Król Widzewa” nie zdawał sobie sprawy, że igra z ogniem. Ostateczne decyzje podejmowali jednak Rosjanie. Sytuacja w mieście została dość szybko, w sposób brutalny, opanowana. 26 czerwca ponownie otwarto fabryki.

Według oficjalnych danych „w dni czerwcowe” zginęło w Łodzi 151 osób: 55 Polaków, 79 Żydów i 17 Niemców. Tajne raporty przynoszą jednak informację, że tylko 23 czerwca było 164 zabitych i 150 rannych. Można zatem przypuszczać, że łączny bilans ofiar wyniósł ponad 200 osób. Liczbę rannych szacuje się na około 800. Rozmiar masakry obrazuje najlepiej fakt, iż wśród zabitych były nawet dziesięcioletnie dzieci. „Powstanie łódzkie”, bo tak można nazywać wydarzenia z czerwca 1905 r., stanowiło jedną z najchlubniejszych kart w dziejach miasta. Łódzcy robotnicy zbudowali – jak to określił Tadeusz Bogalecki – „barykady wolności i godności”, potwierdzające zarówno ich przywiązanie do wolności, jak i desperację w walce o poprawę własnych warunków bytowania. Pierwszy raz od czasów powstania styczniowego ludność polska wystąpiła zbrojnie przeciw zaborcy. Pierwszy raz miejscem konfrontacji było wielkie miasto, a nie pola bitewne.

Zmiany na lepsze

Wieści z Łodzi dotarły daleko poza granice Imperium Romanowów. „New York Times” pisał, że „straszne sceny ostatnich dwóch dni nigdy nie zatrą się w pamięci polskiego narodu”. Pamięć tę niewątpliwie warto kultywować. Po powstaniu sytuacja w mieście uspokoiła się tylko na krótki czas. Kolejnym wstrząsem, który okazał się szokiem dla sporej części łodzian i niejako zapowiedział niespokojny rok 1906, było zabójstwo znienawidzonego powszechnie J. Kunitzera w dniu 30 września 1905 r. Wśród robotnic i robotników krążył wierszyk „lud cię prosił daremnie, prosił ze łzami/a tyś mu się, łotrze, odpłacił kozakami”. Zabójstwo to oznaczało jednak przekroczenie pewnej cienkiej linii – do tej pory opinia publiczna co do zasady popierała postulaty robotników, socjalny zaś i polityczny wymiar trwającej rewolucji przenikały się ze sobą. Jednak jesienią 1905 r. coraz więcej wskazywało, że inteligencja i robotnicy zasadniczo różnią się w ocenie kierunku, do którego powinny dążyć Imperium Rosyjskie, Królestwo Polskie i Łódź. Wkrótce przed tą pierwszą miała otworzyć się dziejowa szansa, tych drugich czekać natomiast miały już tylko rozczarowania.

Jednocześnie nie udało się władzom zaszczepić na łódzkim gruncie innej, potencjalnie skrajnie niebezpiecznej choroby – antysemityzmu. Od początku rewolucji prawica kwestionowała autentyczność trwającego protestu społecznego. Socjalizm w opinii sympatyków Narodowej Demokracji był wynalazkiem obcym, w domyśle – żydowskim, zaszczepionym na polskim gruncie w celu zbałamucenia nieuświadomionych politycznie robotników. Ideologię tę szerzył m.in. Narodowy Związek Robotniczy, będący ekspozyturą endecji w obrębie proletariatu, a także spora część katolickiego duchowieństwa z arcybiskupem warszawskim Wincentym Chościakiem-Popielem na czele. NZR był w Łodzi bardzo wpływowy, a antysemickie tendencje występowały zarówno wśród polskiego ludu, jak i części inteligencji, co widać m.in. w publicystyce „Rozwoju”.

Na szczęście w Łodzi na niczym spełzły jednak próby zorganizowania pogromu, choć fala wystąpień antyżydowskich przelała się w 1905 r. przez całą Rosję. Organizowała je niesławna Czarna Sotnia. Robotnice i robotnicy wykazali niebywałą czujność, nie dopuszczając, by agenci Ochrany i prowokatorzy policmajstra Chrzanowskiego nakłonili ich do przemocy na tle etnicznym. Wielokulturowy klimat miasta, a także poczucie solidarności między robotnikami, okazały się silniejsze niż złe podszepty i pierwotne instynkty.

Kolejna wielka fala strajków, która zaczęła się w październiku i trwała aż do połowy listopada 1905 r., nastąpiła już po ostatecznej klęsce Rosji na froncie w Japonii. Miały one tym razem charakter czysto polityczny – domagano się m.in. realnych reform ustrojowych, a nie działań pozorowanych, które symbolizowała tzw. Duma bułyginowska – planowana namiastka parlamentu bez rzeczywistych kompetencji. Ostatecznie Mikołaj II musiał ustąpić i ogłosić 30 października 1905 r. manifest, w którym zapowiedział powołanie parlamentu z prawdziwego zdarzenia oraz szerokie wolności polityczne, w tym wolność słowa i zrzeszania się. Na ulicach polskich miast rozpoczęła się „dekada wolności” – okres nieskrępowanej, podniosłej atmosfery, w trakcie której „Łódź była jednym wielkim wiecem”. I choć wkrótce wprowadzono stan wojenny, a carat dał do zrozumienia, że nie zamierza realnie się zmienić, nawet nieliczne i ograniczone reformy polityczne miały trwale odmienić oblicze miasta.

Niniejszy tekst to fragment książki „Łódź. Historia miasta poprzez wieki”, t. 2, pod redakcją prof. Jarosława Kity wydanej nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Łódzkiego. Autorem prezentowanego fragmentu jest dr hab. Kamil Śmiechowski.

Tytuł i śródtytuły pochodzą od Redakcji. Z tekstu usunięto przypisy, które dostępne są w publikacji.

Czytaj też:
Obóz koncentracyjny dla dzieci w Łodzi. Największa hańba Niemców
Czytaj też:
Masakra w więzieniu na Radogoszczu. Jedna z ostatnich niemieckich zbrodni
Czytaj też:
Niemiecka zbrodnia. Stu Polaków zabitych przez Niemców "za karę"

Źródło: DoRzeczy.pl / Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego