Ukochane wojsko II RP. Fantazja ułanów naprawdę nie znała granic
  • Piotr ZychowiczAutor:Piotr Zychowicz

Ukochane wojsko II RP. Fantazja ułanów naprawdę nie znała granic

Dodano: 

– Panowie oficerowie!

Tu nagle szeroki uśmiech rozpromienił jej twarz.

– Ja was zapewniam, że ja się tak nie bawiła od czasu, kiedy w 1912 r. był tu carski Drugi Pułk Pawłogrodzkich Lejbhuzarów Cesarza Aleksandra III, ale oni i bufet pocięli tak, że musieli my ten nowy postawić.

Tu lekko schyliwszy się, wyciągnęła spod lady litrową butelkę wódki.

– Ot, ja się teraz z wami panowie napiję, ale tylko pod paluszek, bo kieliszka ani jednego nie zostawiliście”.

Polska ostryga

Takie to były czasy i tacy to byli ludzie. Kopalnią anegdot na temat życia kawaleryjskiego jest wydana niedawno znakomita książka Piotra Jaźwińskiego „Oficerowie i dżentelmeni”. Autor podaje w niej choćby recepturę „polskiej ostrygi”, czyli słynnego środka na kaca stosowanego przez ułanów: „Do wysokiej szklanicy wlewało się kolejno szklankę tłustej, kwaśnej śmietany, dwa surowe żółtka, duży kieliszek oliwy nicejskiej i sok z dwu cytryn. Wypijało się tę »ostrygę« jednym haustem i zagryzało kilkunastoma ziarenkami palonej kawy, aby zabić zapach wódki”.

Czytaj też:
Mit ułanów szarżujących na czołgi. Oto jak powstała ta kłamliwa opowieść

Lek podobno działał niezawodnie, usuwając skutki nawet najtęższych popijaw. Kawalerzyści wystawiali zaś swoje organizmy na poważne próby. Oto opis inicjacji w jednym z pułków: „Na stole ustawiono trzy rzędy kieliszków, na długość szabli, czyli co najmniej po dziesięć. Na końcu każdego rzędu leżało ciastko z kremem, a na nim dzwonko śledzia. Pedachowski mówił: – Młody proszę wypić. Młody bohatersko wypijał duszkiem wszystkie kieliszki. Po czym starosta proponował: – Proszę zakąsić. Biada temu, który nie wytrzymał”.

Korpus oficerski kawalerii II RP wywodził się z armii zaborczych – rosyjskiej i austriackiej (w armii pruskiej Polacy na ogół nie awansowali powyżej podoficerów). Pierwszych nazywano prawosławnymi, drugich awstryjcami. Obie te grupy szczerze się nie znosiły i dochodziło pomiędzy ich przedstawicielami do rozmaitych konfliktów. Różniły ich styl, wyszkolenie i podejście do służby. Co ciekawe, choć wszyscy kawalerzyści byli wielkimi polskimi patriotami, to nie wszyscy umieli mówić po polsku. W wypowiedzi często wtrącali rusycyzmy lub całe zdania po niemiecku, co sprawiało, że mieli spore problemy ze wzajemnym porozumieniem.

Generał Stefan De Castenedolo Kasprzycki, niegdyś oficer cesarza Franciszka Józefa, w każde zdanie wtrącał słowa „also po temu”, były oficer cara Mikołaja II Konstanty Plisowski zwracając się do swoich żołnierzy, zaczynał zaś zawsze od słów: „Job waszu mat’”.

Jeden z awstryjców, Gwidon Poten, który mówił o sobie z przekorą: „Ja nie jestem Polak, ale ja jestem rycerz”, zasłynął następującą przemową do nowo przybyłych kadetów, którzy chcieli iść w ślady szwoleżerów księcia Józefa Poniatowskiego: „Jest tyle piękne zawody. Ksiądz. Dohtór. Włoży w dupę dwa palce i bierze za to dziesięć koron. Aber um Gottes Willem, warum Kavallerie (Ale dlaczego, na miłość boską, kawaleria)?!”.

Defilada kawalerii. Kraków, 1939 r.

Bohaterem niezliczonej ilości anegdot był również „prawosławny” rtm. Stanisław Czuczełowicz. Pewnego razu zjechała do niego komisja i nakazała mu wykonanie marszu do pobliskiej wsi. „Dowódca szwadronu jechał na jego czele w otoczeniu członków komisji. W pewnym momencie jej przewodniczący zwrócił się do rotmistrza:

– Panie rotmistrzu! Maszeruje pan ze swoim szwadronem po tej drodze, nagle zza górki odległej o jakieś pięć kilometrów wyskakują dwa nieprzyjacielskie samoloty i pikują na pański szwadron. Jakie będzie pańskie przeciwdziałanie i jakie komendy wyda pan zgodnie z nowym regulaminem kawalerii?

– Ot, swołocze lotcziki! – odpowiada rotmistrz. – Nu, ja im zakaża!

Odwrócił się w siodle w stronę szwadronu i swoim potężnym głosem ryknął:

– W kusty (w krzaki), job waszu mat’!

Na tę komendę szwadron błyskawicznie rozsypał się w lewo i w prawo od drogi i ukrył w krzakach. Na drodze i przyległym polu nie pozostało żywego ducha. Rotmistrz z gwardyjskim fasonem zasalutował zadowolony z siebie i szwadronu”.

W synagodze, cerkwi i kościele

Żeby było jeszcze weselej, w szeregach kawalerii służyło wielu przedstawicieli innych narodów Rzeczypospolitej: Białorusinów, Ukraińców i Żydów. Zgodnie z przepisami w dni świąteczne do świątyni żołnierzy musiał prowadzić oficer. „Byłem z tej racji kilkakrotnie w synagodze – pisał Tadeusz Rószkiewicz. – Siedząc w czapce, przy szabli, na specjalnie ustawionym fotelu obok »ołtarza«, przyglądałem się obrzędom religijnym. Nic oczywiście nie rozumiałem aż do momentu, gdy rabin prosił, bym wstał, bo będzie odprawiana modlitwa za Polskę i jej rząd. Najprzyjemniejsze były jednak nabożeństwa w pierwszy dzień świąt wielkanocnych w cerkwi prawosławnej, kiedy to dyżurującego oficera obcałowywały ładne panny, mówiąc: Christos woskries”.

Według wielu ekspertów już w latach 30. kawaleria była przestarzałym rodzajem wojsk i jej utrzymywanie przez polską armię w tak rozbudowanej formie było poważnym błędem. Miało to wynikać nie z rzeczywistych potrzeb natury wojskowej, ale ze względów czysto sentymentalnych. Gdy nasi kawalerzyści słyszeli podobne tyrady, na ogół ze złości sięgali po szable. Paradoksalnie historia to właśnie im przyznała rację.

Wbrew mitowi o polskich ułanach rąbiących bezradnie pancerze niemieckich czołgów podczas kampanii 1939 r. jazda nasza spisała się znakomicie. Była szybka, zwrotna i siała przerażenie wśród Niemców. Wykazała się przy tym olbrzymią brawurą i heroizmem. Biorąc pod uwagę, że przez całe dwudziestolecie międzywojenne szkolono ją i szykowano do wojny ze Związkiem Sowieckim, można tylko żałować, że nie dane jej było pokazać pełni swoich możliwości na szerokich przestrzeniach Wschodu.

Artykuł został opublikowany w 3/2013 wydaniu miesięcznika Historia Do Rzeczy.