Zbigniew Parafianowicz to dziennikarz Wirtualnej Polski, a wcześniej "Dziennika Gazeta Prawna", reporter, korespondent wojenny i współtwórca podkastu Bez Doktryny, znakomicie zaznajomiony z tematyką ukraińską. Książka stanowi kontynuację bestsellera "Polska na wojnie" z 2023 roku, traktującego o relacjach polsko-ukraińskich po wybuchu wojny z Rosji z Ukrainą. Autor, uznany ekspert, jest prawdopodobnie w powszechnym odczuciu wiarygodny, tym bardziej że od początku trwania tego strasznego konfliktu jego materiały i występy gościnne, były pozbawione stosunku emocjonalnego, który silnie opanował przekaz mediów głównonurtowych w Europie.
"Kłopot z Zełenskim"
Nie będziemy opisywać treści książki, po którą Państwo zapewne sięgną. Zwróćmy uwagę na dwa fragmenty. Jeden dotyczący właśnie postawy części dziennikarzy wobec prezydenta Zełenskiego, drugi straszenia Polaków wojną. Oba potwierdzające to, o czym „Do Rzeczy” pisało wielokrotnie na przestrzeni ostatnich czterech lat, kiedy było piętnowane jako onucowe m.in. za treści, które dziś są w centrum mainstreamu.
W książce Parafianowicza wypowiadają się politycy, w tym ministrowie rządów zarówno Donalda Tuska, jak i Mateusza Morawieckiego, a także z rządu w Kijowie. Głos zabierają wysoko postawieni urzędnicy, dyplomaci polscy, ukraińscy i litewscy, oficerowie wojska i służb, przedstawiciele biznesu i spółek skarbu państwa czy menadżerowie Jasionki. Mówią anonimowo, dzięki czemu mogą powiedzieć szczerze i znacznie więcej, niż gdyby dzielili się swoją wiedzą pod nazwiskiem.
"Wielu dziennikarzy będzie się wstydziło swoich peanów na jego cześć"
Pierwszy fragment pochodzi od współpracowniczki prezydenta Ukrainy. "Pracując dla Zełenskiego, dziwiłam się, że zagraniczni dziennikarze wierzą mu na słowo i niczego nie sprawdzają. Panowało przekonanie, że ukraiński prezydent reprezentuje siły dobra i przecież nie może kłamać albo manipulować. To fascynujące doświadczenie, jak masa doświadczonych dziennikarzy z wielkich redakcji przyjmowała bezkrytycznie wszystko, co powiedział nasz prezydent. To wielki sukces Zełenskiego. Przekonanie świata do swoich racji i uniknięcie zadawania dodatkowych pytań. Rzadko się zdarza taki komfort. Nawet Obama nie miał tak lekko. Wszędzie, gdzie wchodziliśmy, Zełenski był witany jak Bóg. Momentami czułam się wręcz zażenowana. Czerwone dywany i kwiaty jak w Korei Północnej podczas wywiadów w państwach zachodnich.
Dopiero gdy władzę w USA objęli Trump i Vance, ludzie w oczywisty sposób niechętni Zełenskiemu, zaczęły się problemy. Prezydent nie był przygotowany na takie traktowanie. Do tej pory wszyscy go uwielbiali, a teraz na niego ktoś krzyczał albo zadawał mu niewygodne pytania na konferencji prasowej. Do tej pory każde słowo Zełenskiego przyjmowano jak prawdę objawioną. Pociski firmy związanej z jego ludźmi, Firepoint, były najdoskonalszą bronią na świecie, mimo że brakowało potwierdzenia ich skuteczności. Drony produkowane przez Ukrainę zawsze trafiały w cel i cały świat o nich marzył albo ustawiał się w kolejce, by je kupić. Który polityk miał taki komfort prowadzenia polityki informacyjnej? Za jakiś czas, gdy na prezydenturę Zełenskiego popatrzymy z większym dystansem, wielu dziennikarzy będzie się wstydziło swoich peanów na jego cześć".
Ocean propagandy, jaki przelał się przez niektóre polskie media od lutego 2022 roku, chyba przebił skalą nawet całe przedsięwzięcie covidowe (mam na myśli polityczno-marketingowy, nie medyczny wymiar sprawy). Część mediów wystąpiła poniekąd w roli organu prasowego Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Ukrainy na odcinku polskim. Zamiast próby dochodzenia do prawdy w każdej sytuacji – nawet jeśli jest niezgodna z naszymi emocjami – i przekazywania jej odbiorcom, Polacy byli zagrzewani niemalże do konfrontacji, postawy ludności miały zostać ukształtowane pod określoną linię, która z powodów obiektywnych nie mogła się ostać. Stanowiło to realny kłopot, bo w sprawie tak znaczącej, jak napaść Rosji na Ukrainę, wymagającej najbardziej precyzyjnych informacji, jak to tylko osiągalne, niepotrzebnie tak wiele zasobów i energii wykorzystano na nakręcanie atmosfery prowojennej i mobilizowanie obywateli w nienawiści do bądź co bądź sąsiedniego państwa. Kategoryczna, niemal całkowita dehumanizacja "naszego" rosyjskiego "wroga", co nieustannie podkreślano, pochłonęła mainstream, mimo że Polacy bez tej gorliwejmisji są i byli wcześniej świadomi, z jakiego rodzaju zagrożeniami trzeba się liczyć ze strony reżimu na Kremlu. Możliwe, że nachalność, z jaką odczłowiecza się Rosjan jako zło absolutne i ostateczne, wywołuje wręcz efekt przeciwny – osłabia uważność Polaków na realne ryzyka wynikające m.in. z geostrategicznej rywalizacji, wzajemnej awersji polskich i rosyjskich elit politycznych i z nieprzychylnego stosunku Moskwy do Polski od niej niezależnej. Choć rzeczywistość sprawiła, że propaganda prowojenna nieco złagodniała, w mainstreamie wciąż nie do pomyślenia jest opcja deeskalacji, obniżenia poziomu wrogości i choćby próby poszukania porozumienia i normalizacji stosunków z Rosją, mimo że w przeszłości było to możliwe i praktykowane zarówno przez rządy Donalda Tuska, jak i ekipę Jarosława Kaczyńskiego.
W pewnym stopniu zmienił się natomiast stosunek mediów głównego nurtu do Wołodymyra Zełenskiego, przy czym – chyba już nikt nie ma dziś wątpliwości – że prezydent Ukrainy solidnie na tę ewolucję zapracował.
Straszenie wojną "atrakcyjne może trzy razy, ale nie milion"
W drugim fragmencie, na który warto w związku z tym zwrócić uwagę, wypowiada się polski dyplomata.
"Nieznośne jest to wpieprzanie się w wewnętrzne sprawy NATO przez Ukraińców. Wiosną 2026 roku zaczęliśmy zastanawiać się, czy aby sztucznie zwiększyć znaczenie Ukrainy w ich MSZ, nie powstała instrukcja, w myśl której należało wykorzystać fakt, że Trump zaczął spekulować o wyjściu USA z sojuszu. Chodzi o narrację, że Ukraina jest odpowiedzią na słabnącą rolę USA w pakcie. Faktem jest, że NATO słabnie, ale za wcześnie, aby Zełenski składał do grobu NATO. Prezydent państwa, które traci z każdym tygodniem nowe kawałki swojego terytorium, nie ma prawa nikogo pouczać. Lepiej byłoby, gdyby skupił się na obronie Donbasu, a nie na chodzeniu po telewizjach i podcastach i opowiadaniu o tym, gdzie i kiedy wybuchnie wojna i gdzie Rosja napadnie po raz kolejny. On zaczął zachowywać się jak ukrywający się w Polsce Paweł Łatuszka, białoruski opozycjonista i były minister Łukaszenki, który planem na przyciągnięcie do siebie uwagi mediów uczynił ciągłe straszenie ludzi jakimiś niesamowitymi scenariuszami. Łatuszka albo opowiadał o tym, że Łukaszenka i Putin po wojnie w Gazie sprowadzą na granicę z Polską Hamas i Palestyńczyków, albo straszył zamachami KGB w Polsce. Zełenski straszył albo wojną, albo nuklearnym Armagedonem po tym, jak Rosjanie zniszczą elektrownię atomową w Zaporożu. Takie scenariusze są atrakcyjne raz, dwa, może trzy razy, ale nie milion".
Strona ukraińska wielokrotnie próbowała wciągnąć Polskę w wojnę, co przyznał w wywiadzie u Bogdana Rymanowskiego 1 września 2025 roku nawet były prezydent Andrzej Duda przy wątku ukraińskiej rakiety, która spadła i eksplodowała w Przewodowie w listopadzie 2022 roku. – [...] Oni od początku próbują wciągnąć wszystkich w wojnę. To jest oczywiste, to jest w ich interesie, a najlepiej, gdyby udało się wciągnąć w wojnę kraje NATO. Oczywiste jest, że poszukują tych, którzy po ich stronie walczyliby czynnie przeciwko Rosjanom. To się dzieje od pierwszego dnia – powiedział. Zaznaczył na szczęście: "my nie mogliśmy się na to zgodzić".
Nie zapominajmy o tym – choćby dla samej ostrożności – że prezydent Zełenski wzywał władze w Warszawie do strzelania z terytorium Polski do rosyjskich rakiet i dronów na terenie Ukrainy. W praktyce oznaczałoby to przystąpienie Polski do wojny, przy czym w takiej sytuacji nie miałby zastosowania artykuł 5 traktatu o NATO. Przepis ten dotyczy sytuacji, kiedy państwo członkowskie NATO zostanie zaatakowane, a nie dotyczy sytuacji, kiedy państwo członkowskie wyjdzie z działaniami ofensywnymi na terytorium państwa.
Wydaje się, że w Polsce wszyscy przywykli już do straszenia wojną, co wyraził cytowany polski dyplomata. Najważniejsze, by Polska nie dała się w nią zbrojnie uwikłać.
Książka Zbigniewa Parafianowicza – ogromna dawka istotnej wiedzy na temat stosunków Polski z Ukrainą, trwającej wojny i postaci prezydenta Zełenskiego.
Czytaj też:
Kłopot z ZełenskimCzytaj też:
Nagły cud odzyskania wzrokuCzytaj też:
Lisicki: Do wojny nie musiało dojść. Cel Rosji widać wyraźnie
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
