Koneczny: O wielości cywilizacji

Koneczny: O wielości cywilizacji

Dodano: 
Feliks Koneczny
Feliks Koneczny Źródło: Wikimedia Commons
"To najistotniejsza i najbardziej znana publikacja Prof. Feliksa Konecznego. Stanowi syntezę jego oryginalnej teorii cywilizacji. Wydając to dzieło, Feliks Koneczny dołączył do światowego panteonu myślicieli takich jak Oswald Spengler, Arnold Toynbee, Samuel Huntington czy Fernand Braudel".

Książka stanowi zwięzły przegląd dominujących cywilizacji świata, starając się je zestawić i uporządkować
w oparciu o ich historię i wartości – zwłaszcza prawo i etykę. Jest to oryginalna próba ujęcia historii ludzkości
z punktu widzenia różnorodnych kultur i cywilizacji. Koneczny był bowiem jednym z pierwszych zwolenników tego, co dziś nazwalibyśmy porównawczymi studiami historycznymi i cywilizacyjnymi.

Wnioski Konecznego dotyczą całej cywilizacji zachodniej, która dziś znalazła się w punkcie zwrotnym. Ci, którym leży na sercu los naszego kraju, i ci, którzy z niepokojem obserwują autodestrukcje cywilizacji zachodniej, powinni uważnie przeczytać Konecznego.

Niniejszy tekst to fragment książki Feliksa Konecznego pt. „O wielości cywilizacji”, wyd. Fronda

Prawo majątkowe

O prawie majątkowym bywała już nieraz mowa w poprzednich ustępach, i to z nieuchronnej konieczności, skoro wszystkie działy trójprawa ściśle wzajemnie się przenikają. Obecnie trzeba jeszcze uzupełnić poprzednie spostrzeżenia, głównie zaś [po to], ażeby wyjaśnić, czemu obstaję przy twierdzeniu, że własność była od początku indywidualna, głosząc to wbrew przytaczanym tak często aż czterem „komunizmom”. Są to rzekomy komunizm łowiecki, pasterski, podbiegunowy i murzyński. Spotkać się z nimi można w każdym podręczniku; a skoro je neguję, trzeba się z tego bliżej wytłumaczyć.

Żadna z pięciu odmian ustroju rodowego nie polegała na komunizmie. Jakąż więc niewłaściwością jest dość powszechne mieszanie prawa majątkowego rodowego z komunizmem! Tak zastrzegłszy się z góry, przechodzę do owych „komunizmów”.

Łowiecka forma bytu sprzyja zastojowi, jak to mieliśmy sposobność stwierdzić; gdyby zatem łowieckie pojęcie własności było najpierw komunistyczne, byłoby się w gospodarstwie łowieckim najbardziej spetryfikowało. Wiemy, wszakże o Indianach, że polując gromadnie na bizony, dzielili mięso według tego, gdzie czyja strzała utkwiła – i dopiero broń palna wprowadziła zbiorową własność łowu. Na grubego zwierza poluje się z reguły gromadnie, a nawet gdy chodzi o zwierzynę drobną, trzeba pracy zespołowej, by wykorzystać pewną przestrzeń dokładniej, bo inaczej zwierz umyka. Jeden myśliwy polowania dziś porządnie nie zorganizuje! A trzeba mieć na myśli stosunki, skazujące mieszkańców pewnej okolicy na zaspokajanie głodu tym, co upolują; czy żywiłby się myśliwy w pojedynkę? Najbieglejszy wraca czasem z niczym z łowów, tym częściej zaś, im dłużej poluje się na pewnym terenie, bo zwierzyny ubywa. Głodowaniu zapobiega spółka. Wspólnie polujący decydują się plon łowów uważać za wspólny bez względu na to, kto trafił, a kto spudłował; wszyscy dzielą się ubitą zwierzyną. Oto początek rzekomego „komunizmu” łowieckiego.

Okładka książki Feliksa Konecznego pt. „O wielości cywilizacji”, wyd. Fronda

Na jeszcze większe ryzyko narażeni bywają rybacy, bo ryba zawodzi często, a niespodziewanie. Toteż rybacy tworzą wszędzie spółki, czy to w Hiszpanii, czy w Polsce, czy też w innych częściach świata.

W danej osadzie myśliwskiej czy rybackiej może występować więcej takich spółek, ale też cała osada, zwłaszcza jeśli niezbyt liczna, może stanowić jedną spółkę, a w takim razie każdy ma prawo czerpać z czyichkolwiek łowów. Tak każdy Tunguz może uczestniczyć w biesiadzie urządzonej u łowcy, któremu się poszczęściło, lecz pod warunkiem bardzo znamiennym, żeby dał znać, że bierze. A zatem utrzymuje się jakąś ewidencję, kto brał, kiedy, ile? Tłumaczyć to można tylko spółką: prowadzi się konto każdego wspólnika, powiedzielibyśmy dzisiejszym językiem europejskim. Podobnie jest u Ajnosów, w osadzie opisanej przez Sieroszewskiego każdy rybak łowi rybę dla całej osady. Gdy grupa rybaków wraca z morza, dokonuje się zaraz podziału. Widocznie spółka dzieli się na grupy wyjeżdżające kolejno na łowienie ryb. Nie ma w tym żadnego komunizmu!

Rzekomy komunizm podbiegunowy i murzyński wynika z pewnego poglądu etycznego, który – szczególnym trafem – panuje w strefach tak wręcz przeciwnych i skrajnych. Według tego poglądu godzi się jednostce posiadać tylko tyle, „ile potrzebuje”, a co kto posiada „ponad potrzebę”, powinien rozdać uboższym; w niektórych społecznościach wolno taką nadwyżkę zabierać samemu, gdyby jej nie chciano oddać dobrowolnie. Kto ma więcej, musi dać innym, inaczej go „okradną”, jak się wyraża chrześcijański misjonarz. Tenże informuje nas zarazem o skutkach takiego systemu etyczno-majątkowego. Oto nad Mulungusi w Afryce murzyńskiej każdy sieje i sadzi... jak najmniej. Czyż tylko nad Mulungusi?!

Na mroźnej Północy, u Jakutów, kto sprzedaje siano, temu władze rodowe zmniejszają przydział przy następnym wydzielaniu łąk na używalność; bo skoro sprzedaje, widocznie ma więcej, niż potrzebuje. Jednak opozycja przeciw takim pojęciom się zwiększa, a możni „bogacze” zaczynają już nawet córkom dawać ziemię w posagu. Na Grenlandii zapobiegają „nadmiarowi” środków produkcji. Kto posiada już namiot lub łódź na własność, nie może odziedziczyć drugiego takiego przedmiotu. I tu, i tam uznaje się więc najzupełniej własność osobistą, a tylko ogranicza się jej rozrost na rzecz innej, mniejszej własności, również osobistej.

U Murzynów afrykańskich obowiązuje ta sama zasada. Komunizm dotyczy chyba ognia i wody, z dodatkiem tytoniu. „U Wadżganów ogień, woda i tabaka uważane są za bezpośredni dar niebios, uchodzą więc za wspólną własność i nikomu nie wolno odmówić korzystania z tych darów, gdy kto z obcych o nie poprosi”. (A czy u nas odmawia się użyczenia ognia lub wody, lub tytoniu między kolegami, sąsiadami? Cóż to za „komunizm”?!). W Ziemi Ognistej „jednemu dany kawał materii rozdzierany jest na szmaty i dzielony”. Ten system ekonomiczny znany jest także Azjatom. Mieliśmy w Polsce dużo sposobności zapoznania się z nim, kiedy dzicz bolszewicka krajała w pasy obicia mebli, firanki, dywany itp., żeby się tym podzielić „sprawiedliwie”. Co kto otrzymał z podziału, stało się jego własnością indywidualną; o żadnym komunizmie nie było przy tym mowy. Podobnie jest w środkowej i południowej Afryce. Gdy Europejczyka otoczy grono Murzynów, a którykolwiek z nich otrzyma podarunek, zaraz dzieli się z towarzyszami. Zazwyczaj bywają to przedmioty pożądane nie dla potrzeby (według ich zapatrywań), lecz ze zbytku, a zatem posiadane ponad potrzebę, czy raczej bez potrzeby. Całe to „dzielenie się” dotyczy jednak zawsze czegoś, co nie stanowi własności według prawa rodowego. Chodzi o dorobek przygodny, a pozarodowy; jakżeż więc szczupła [pozostaje] dziedzina tego dzielenia się! (…)

Niniejszy tekst to fragment książki Feliksa Konecznego pt. „O wielości cywilizacji”, wyd. Fronda

Czytaj też:
Czy polskie sojusze się sprawdziły? "Zakazana historia Aliantów"
Czytaj też:
Ikona, która może wszystko
Czytaj też:
"Wziął ślub z Panią Biedą". Inspirujące losy i droga do nawrócenia świętego z Asyżu

Źródło: Wyd. Fronda