ORP "Orzeł" w Tallinie. Tajemnicza historia statku i jego kapitana
  • Sławomir KoperAutor:Sławomir Koper

ORP "Orzeł" w Tallinie. Tajemnicza historia statku i jego kapitana

Dodano: 1
ORP "Orzeł" w lutym 1939 r.
ORP "Orzeł" w lutym 1939 r. Źródło: NAC
Kresy to nie tylko mała ojczyzna „piękna i czysta jak pierwsze kochanie”, to również dziejowa scena, na której rozgrywały się wydarzenia, które czasami próbujemy wyprzeć ze zbiorowej pamięci. Co nie zmienia faktu, że nadal pozostaje częścią naszego dziedzictwa. – Sławomir Koper.

Gdyby zapytać przechodnia na ulicy z czym kojarzą mu się Kresy, bez namysłu odpowie: Lwów, Wilno, Nowogródek, niektórzy dorzucą jeszcze Krzemieniec.

A przecież Kresy to nie tylko legendarne stolice polskości, to także zaścianki i stanice.

To również zapomniane Kresy – te w dawnych Inflantach Rzeczypospolitej. To właśnie stamtąd pochodziło wielu artystów, polityków i wojennych bohaterów, którzy znakomicie zapisali się na kartach polskiej historii. To na Uniwersytecie w Dorpacie biło polskie serce, a na politechnice w Rydze kształciły się młode kadry techniczne odrodzonego państwa polskiego. Musimy stale o tym przypominać.

Sławomir Koper - autor, którego nakłady książek historycznych znacznie już przekroczyły milion egzemplarzy - udowadnia po raz kolejny, że magię miejsc, urodę przyrody, słynną otwartość mieszkańców i legendę Kresów można przełożyć na język zrozumiały dla współczesnego pokolenia.

Poniższy tekst to fragment książki Sławomira Kopra pt. „Zapomniane Kresy. Ostatnie polskie lata”, wyd. Fronda.

ORP "Orzeł" w Tallinie. Tajemnicza historia statku i jego kapitana

Ucieczka

Dziwnym trafem badacze opisujący sprawę internowania „Orła” nie wspominają, że kolejnego dnia na okręt dotarła informacja o sowieckiej inwazji na Polskę. Dla kapitana Grudzińskiego i jego załogi stało się jasne, że należy natychmiast wypłynąć z Tallina, gdyż w innym wypadku załoga i okręt z czasem wpadną w ręce Sowietów. Głównym organizatorem ucieczki był 28-letni porucznik Andrzej Piasecki, który po wyokrętowaniu Kłoczkowskiego został zastępcą dowódcy okrętu.

Sławomir Koper, "Zapomniane Kresy. Ostatnie polskie lata", wyd. Fronda

17 września wypadał w niedzielę i z tego powodu prace przy rozbrajaniu „Orła” prowadzono jeszcze bardziej opieszale niż poprzedniego dnia. Okręt przestawiono dziobem do wyjścia, by umożliwić wyładunek rufowych torped, ale nagle pękła stalowa lina od dźwigu (uszkodził ją jeden z polskich marynarzy). Estończycy uznali to za przypadek – w niedzielę nie udało się znaleźć innej liny na terenie portu. Z kolei inny marynarz „Orła” nieoczekiwanie zapałał miłością do wędkarstwa i z okrętowego bączka z entuzjazmem łowił ryby w basenie portowym (w rzeczywistości dokonywał pomiarów głębokości). Natomiast dwóch kolejnych niezbyt dyskretnie nadpiłowało liny cumownicze łączące okręt z nabrzeżem. Zrobili to w biały dzień i dziwnym trafem nikt tego nie zauważył…

Jednocześnie udało się przekonać Estończyków, by wstrzymali się z demontażem elementów silników napędowych. Wyjaśniono im, że wały muszą być wcześniej wyczyszczone i naoliwione, na co gospodarze przystali bez zbytnich dyskusji.

Kilku marynarzy „Orła” ruszyło też w miasto, gdzie w knajpach rozpytywali o zwyczaje władz portowych, a szczególnie o godziny powrotu okrętów z morza. Szczodrze stawiali liczne kolejki i nie mieli problemów z zebraniem informacji. Szczególnie że Estończycy darzyli Polaków dużą sympatią i szczerze im współczuli. Wieczorem na okręcie zapadła decyzja: ucieczka tuż po północy.

W nocy na okręcie zostało tylko dwóch estońskich strażników, których bez problemu obezwładniono (i zatrzymano na statku). Na nabrzeże wyniesiono telefon znajdujący się na okręcie, by nagłe przerwanie łączności nie wzbudziło podejrzeń. Jednocześnie w porcie zgasło światło, co akurat było przypadkowym zbiegiem okoliczności, ale awaria bardzo załodze „Orła” pomogła. Wtedy też kapitan Grudziński dał rozkaz uruchomienia silników.

„Orzeł” zerwał nadpiłowane cumy, a hałas zaalarmował cały port. Okręty estońskie zapalały reflektory, wyły syreny, rozległy się wystrzały z karabinów maszynowych. „Orzeł” płynął już jednak w kierunku wyjścia z portu, jednak przez błąd nawigacyjny uderzył dziobem w falochron. Kanonada karabinowa nasilała się, ale okręt zszedł ze skał i ruszył w kierunku pełnego morza.

Estońscy dowódcy najwyraźniej postanowili zbytnio nie przeszkadzać Polakom w ucieczce. Na stojącym w pobliżu torpedowcu „Sulev” obsługa załadowała armaty, lecz nikt nie wydał rozkazu otwarcia ognia. Podobnie było z bateriami nadbrzeżnymi, gdyż z trzech zlokalizowanych przy wyjściu z portu strzelała tylko jedna, ale pociski padały daleko od „Orła”. Zresztą obsady dział miały otrzymać rozkaz, by nie spieszyć się z otwarciem ognia, a dowódca jednej z baterii podobno powiedział swoim ludziom, by „zapomnieli, że cokolwiek widzieli”.

Okręt dopłynął na głębszą wodę i natychmiast się zanurzył. Nie mógł jednak kontynuować marszu na silnikach elektrycznych, gdyż akumulatory były niemal całkowicie rozładowane. Dlatego jednostka położyła się na dnie, a załoga dostała czas na odpoczynek (…).

Powyższy tekst to fragment książki Sławomira Kopra pt. „Zapomniane Kresy. Ostatnie polskie lata”, wyd. Fronda.

Czytaj też:
ORP „Orzeł” – brawurowe akcje i tajemnice polskiego okrętu podwodnego
Czytaj też:
Alkohol i muzy. Wszystkie szaleństwa Noblisty
Czytaj też:
Ulubieńcy bogów umierają młodo

Źródło: Wyd. Fronda
 1