Czerwone plaże Normandii
  • Piotr WłoczykAutor:Piotr Włoczyk

Czerwone plaże Normandii

Dodano: 
D-Day. Lądowanie w Normandii
D-Day. Lądowanie w Normandii Źródło:Wikimedia Commons
Gdy alianccy żołnierze szykowali się na morzu do desantu na okupowaną Francję, już od kilku godzin spadochroniarze zaciekle walczyli z Niemcami, starając się zabezpieczyć dojścia do plaż. Ed Shames i Ray Lambert opowiedzieli „HDR” o tamtym piekielnym dniu.

Gdy alianccy żołnierze szykowali się na morzu do desantu na okupowaną Francję, już od kilku godzin spadochroniarze zaciekle walczyli z Niemcami, starając się zabezpieczyć dojścia do plaż. Ed Shames i Ray Lambert opowiedzieli „HDR” o tamtym piekielnym dniu.

Byłem przerażony, tak samo jak wszyscy inni w moim samolocie. Każdy, kto mówi, że skakał wtedy nad Normandią na luzie, jest albo kłamcą, albo durniem – przyznawał bez ogródek w rozmowie ze mną Ed Shames, żołnierz amerykańskiej 101. dywizji powietrzno-desantowej. – Byliśmy ostrzeliwani z każdej strony, mnie osobiście kojarzyło się to z pokazem sztucznych ogni w parku rozrywki. Niemcy rzucili na nas wszystko, co mieli. Pociski dziurawiły samolot i niektórzy odnosili rany, zanim jeszcze skoczyli! Ogień był tak silny, że niemal niemożliwe było, żeby samolot przedarł się bez szwanku. Na niebie pełno było wtedy naszych maszyn. Tylko mój batalion był przerzucany na pokładach 47 samolotów Dakota. A my byliśmy jedynie niewielką częścią desantu powietrznego. Spośród tych 47 samolotów dwa zostały zestrzelone – w jednym leciało 17 żołnierzy, a w drugim 18.

Zanim doszło do największego desantu morskiego w historii, alianccy spadochroniarze zostali zrzuceni (ok. sześciu godzin wcześniej) w Normandii na tyły wojsk niemieckich strzegących plaż. Ich zadaniem było rozpętanie tam piekła, by maksymalnie utrudnić Wehrmachtowi obronę wybrzeża. Precyzyjnie sporządzone plany szybko wzięły jednak w łeb i noc wraz z chaosem wywołanym ogniem artylerii przeciwlotniczej zrobiły swoje: skoczkowie zazwyczaj lądowali kompletnie nie tam, gdzie powinni.

– Tylko jednemu samolotowi z mojego batalionu udało się zrzucić spadochroniarzy tam, gdzie mieli lądować według planów, ale niestety spotkał ich tragiczny los. Cała reszta – w tym ja – została mocno rozproszona. Niektórzy z nas lądowali 50 mil dalej, niż powinni! Na tym tle miałem więc dużo szczęścia – zostałem zrzucony „tylko” cztery–pięć mil od planowego miejsca – wspominał weteran.

Artykuł został opublikowany w najnowszym wydaniu miesięcznika Historia Do Rzeczy.