Nikt nie słyszał zaledwie kilkuminutowej rozmowy między marszałkiem Józefem Piłsudskim a prezydentem Rzeczypospolitej Stanisławem Wojciechowskim, do której doszło 12 maja 1926 r., ok. godz. 16.30 na warszawskim Moście Poniatowskiego. Ale towarzyszący prezydentowi por. Henryk Comte wspominał, że przebieg jej wydał mu się wyjątkowo ostry, a „obaj mówili z podnieceniem”. Podobne było wrażenie innych świadków tej burzliwej wymiany zdań. Marszałek i prezydent rozstali się chłodno, by nigdy się już nie spotkać. A byli wszak dwojgiem starych przyjaciół, którzy jeszcze w końcu XIX w. współdziałali ze sobą w kierownictwie Polskiej Partii Socjalistycznej, marząc o niepodległej Polsce, co wydawało się wówczas odległym od rzeczywistości rojeniem. Obaj, odchodząc z mostu, myśleli o dobru niedawno odzyskanej Polski. Żaden nie zdawał sobie sprawy, że brak wzajemnego zrozumienia, po zniweczeniu ostatniej szansy uniknięcia konfrontacji, doprowadzi do dramatycznych konsekwencji.
Komu podlega wojsko?
Po rezygnacji ze sprawowanych funkcji wojskowych Piłsudski zamieszkał z żoną i córkami w Sulejówku pod Warszawą. Żył – jak i przedtem – bardzo skromnie. Emeryturę przyznaną z racji zajmowanego wcześniej stanowiska Naczelnika Państwa przekazywał na cele społeczne i kulturalne, przede wszystkim na potrzeby inwalidów wojennych i sierot oraz na Uniwersytet Stefana Batorego w Wilnie. Major Adam L. Korwin-Sokołowski, który czasami gościł u niego w Sulejówku, wspominał: „Obserwowałem niezwykłą prostotę życia codziennego tego domu. Wyżywienie było skromne, bo i środki pieniężne na utrzymanie domu były szczupłe”.
Piłsudski utrzymywał się z pracy pisarskiej i odczytów, co dawało środki odpowiadające miesięcznej pensji kapitana WP. „Ta pogarda dla pieniądza, ta absolutna bezinteresowność Piłsudskiego zarówno w stosunku do siebie, jak i swoich krewnych przedostawała się jednak do szerokich sfer opinii publicznej, do ludu, który uważał Piłsudskiego za swojego obrońcę” – pisał Stanisław Cat-Mackiewicz, przenikliwie ujmując przyczyny szacunku, którym znaczna część społeczeństwa darzyła zwycięskiego wodza wojny z bolszewikami.
Nie mógł i nie chciał on jednak stać się osobą w pełni prywatną, nie mógł obojętnie patrzeć na sprawy wojska i polityki zagranicznej, kluczowych dlań obszarów, od których zależało bezpieczeństwo Polski. Takie stanowisko Piłsudskiego nie było niczym nowym: już u progu odbudowy niepodległego państwa pisał do swojego wielkiego adwersarza Romana Dmowskiego: „Każde normalne państwo strzeże polityki zagranicznej i spraw armii zazdrośnie, jako monopolu państwowego. W państwach normalnych nikomu się nie śni prowadzić tych spraw poza państwem czy obok państwa. W państwach normalnych stronnictwo czy ludzie znają granicę, do której w tych dziedzinach mogą pójść, i ograniczają się do wpływania na czynniki państwowe, by poszły po ich linii, i nie ważą się poza [tę] granicę ani kroku zrobić”.
Zarzuty o upolitycznianie wojska, przez co rozumiał podporządkowanie go zmiennym i niegwarantującym stabilności koalicjom rządowym, które coraz bardziej stanowczo zaczął wypowiadać w 1925 r., znajdowały poparcie nie tylko wśród oficerów Wojska Polskiego, którzy wywodzili się z Legionów, lecz także u niektórych wyższych wojskowych z dawnych armii zaborczych, jak chociażby generałów Leonarda Skierskiego i Daniela Konarzewskiego. Uczestniczyli oni w demonstracji blisko tysiąca oficerów w Sulejówku 15 listopada 1925 r., i to w ich imieniu gen. Gustaw Orlicz-Dreszer deklarował z przekonaniem, że Marszałek może liczyć na ich wdzięczne serca i zaprawione w bojach szable.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
