Chrześcijańskie posłannictwo Polski. "Bóg wtajemnicza w polskość"

Chrześcijańskie posłannictwo Polski. "Bóg wtajemnicza w polskość"

Dodano: 
Polska. Zdjęcie ilustracyjne
Polska. Zdjęcie ilustracyjne Źródło: polskapodkrzyzem.pl
Wiara każe nam ufać, że zło zadufane w swej pysze upadnie przed Jezusem Chrystusem, Panem dziejów. Otwarte pozostaje jednak pytanie: ile cała rodzina ludzka i poszczególne narody zapłacą za popełnione zło i za okoliczności jego upadku? Jaką cenę zapłaci Polska? Byłoby tragedią, gdybyśmy opowiedzieli się po stronie upadłych. Debata o Bogu, który wtajemnicza nas w polskość, jest przede wszystkim poszukiwaniem sposobów pomocy Polsce i Kościołowi.

„Bóg wtajemnicza w polskość”to rzecz o Polsce i polskości widzianej z perspektywy nauki Bożej, owoc studium i debat tocznych w latach 2019-2022 oraz próba ich podsumowania.

Studium i debata miały miejsce wśród osób żyjących duchowością zaczerpniętą od konkretnych polskich proroków, którzy przedstawiali Ojczyźnie naukę Bożą, jej przypomnienia i objaśnienia, przestrogi i żądania Boże odniesione do rzeczywistości polskiej.

Poniższy tekst to fragment książki Jana Łopuszańskiego „Bóg wtajemnicza w polskość”, wyd. Fronda.

Chrześcijańskie posłannictwo Polski

– Zofia Kossak

1. Zofia Kossak (1889–1968), primo voto Szczucka, secundo voto Szatkowska, pochodziła z rodziny bardzo zasłużonej dla kultury polskiej. W 1922 roku – tym samym, w którym arcybiskup Józef Bilczewski napisał swój list O miłości ojczyzny, a ksiądz August Hlond objął administrację rodzącej się diecezji katowickiej – opublikowała swoją Pożogę, czyli wspomnienia z Wołynia z lat 1917–1919. Jest to przejmujący opis bolesnego zderzenia Polaków z rewolucją bolszewicką. Napisała potem wiele powieści, klasyfikowanych zazwyczaj jako historyczne. Istotnie, była znawczynią dziejów ojczystych i w swych powieściach wykorzystywała tło dziejowe, ale przede wszystkim była nauczycielką miłości Boga i Ojczyzny oraz budzicielką sumień polskich.

W dniach drugiej wojny światowej i kaźni Polski Zofia Kossak napisała Dekalog Polaka, jeden z najpiękniejszych przejawów ducha polskiego. Zawarte tam stwierdzenie, że „tchórz nie może być Polakiem” – formułowane w wirze walki o przetrwanie Polski – może wstrząsać ludźmi żyjącymi w czasach względnego spokoju. Czy patrzenie w przyszłość nie wymaga odwagi także w spokojnych czasach? Czy trzymanie się prawdy nie wymaga odwagi w każdych okolicznościach? Czy walka z wygodnictwem, zwątpieniem, prywatą, zdradą nie jest konieczna zawsze? Czy miłość Ojczyzny nie powinna być podtrzymywana nieustannie?

J. Łopuszański, Bóg wtajemnicza w polskość, wyd. Fronda

W czasie okupacji niemieckiej Zofia Kossak założyła konspiracyjny Front Odrodzenia Polski, a gdy jesienią 1942 roku Niemcy przystąpili do eksterminacji Żydów, to właśnie ona dała impuls do wielkiej akcji ratowania ich życia i inicjowała Radę Pomocy Żydom „Żegota”. Po wojnie, w 1945 roku, Jakub Berman – nadzorca komunistycznej bezpieki i likwidator resztek elit oraz ocalałych żołnierzy polskich – wręczył Zofii Kossak i jej córce paszporty w jedną stronę, dopytując się, czy spłacił w ten sposób dług wdzięczności. Zaraz po jej wyjeździe rozpoczęto usuwanie jej książek z bibliotek i zakazano ich publikacji.

Pisarka wróciła do kraju dopiero w 1957 roku i zamieszkała w Górkach Wielkich na Śląsku Cieszyńskim, w dawnym domku ogrodnika, bo dwór rodzinny został spalony. PAX drukował jej książki i organizował liczne spotkania autorskie. Uważała jednak, że „pisarz katolicki nie może wiązać się z żadną grupą polityczną”, więc nie związała się z PAX-em jako organizacją, choć była wdzięczna za wydawanie jej książek i za „osobiste przyjaźnie”. W rocznicę śmierci Zofii Kossak „Tygodnik Powszechny” skomentował jej poglądy i twórczość słowami: „Pisarka drugorzędna, antysemitka pierwszorzędna”. Joanna Jurgała-Jureczka, autorka książki poświęconej Kossakom, relacjonuje wizytę w Górkach „włoskiej profesorki”, która zamierzała napisać biografię Zofii Kossak. Miała ponoć gotową tezę, że „Kossak ratowała Żydów [...] Żeby oczyścić własne sumienie za antyżydowskie wypowiedzi sprzed wojny i żeby ochrzcić żydowskie dzieci. Po to założyła Żegotę”.

2. Arcybiskup Józef Bilczewski w liście O miłości ojczyzny stwierdził, że Bóg „wytyczył [narodom] szczególne zadania, czyli osobne posłannictwo w wielkiej rodzinie ludów”. Natomiast 10 września 1938 roku w swym wystąpieniu na IV Studium Katolickim w Katowicach Zofia Kossak dokonała rozróżnienia pomiędzy zadaniem a posłannictwem narodu”:

„Zagadnienie posłannictwa nie zawsze bywa jednoznaczne z zadaniem danego narodu. Zadanie to rzecz doraźna, posłannictwo – wieczna. Pierwsze kształtują okoliczności, drugie – najgłębsze złoża duszy narodowej. Zadanie może się zmieniać od wypadku do wypadku, posłannictwo nie zmienia się nigdy. Posłannictwo to misja, dla której naród został powołany i przy życiu utrzymywany, której sprzeniewierzywszy się, ginie jako niepotrzebny”.

W tym miejscu nie mogę powstrzymać się od komentarza, który kieruję przede wszystkim do Polaków uwikłanych w podstępne dialogi z anty-Bożym światem, do wszystkich kuszonych do ustępstw z dobra wspólnego, a zwłaszcza z prawdy ukazywanej przez naukę katolicką i apostolską. Otóż rozważanie dziejów polskich w świetle niezmiennej nauki Bożej doprowadziło Zofię Kossak do przekonania, że albo Polska wypełni swe posłannictwo, albo zginie. Kiedy jednak zajrzymy za chwilę do przekazów mistyków polskich, znajdziemy tam dokładnie to samo przesłanie. Czyżby te przekazy oznaczały, że przekonanie o konieczności stałego potwierdzania chrześcijańskiego posłannictwa Polski po raz kolejny potwierdzane jest autorytetem nieba? To, że znajduje potwierdzenie w nauce katolickiej i apostolskiej, jest poza dyskusją. Pochylimy się nad tą nauką, rozważając słowa wielkich biskupów i kapłanów.

„Zadanie bywa zwykle świadome, posłannictwo – nieświadome. Być przedmurzem chrześcijaństwa jest zadaniem Polski. Zadanie to nazywamy chętnie i chełpliwie posłannictwem, jednakże ono posłannictwem nie jest. [...] W czym tkwi zatem i na czym polega niewątpliwe posłannictwo Polski? Aby na to pytanie odpowiedzieć, należy wpierw poznać gruntownie naszą własną polską psychikę, bo misja duszy wypływa z jej cech, by następnie wryć się w tok dziejów, odszukać w nich najważniejszy, zasadniczy i niezmienny poprzez wieki rytm” – kontynuowała Zofia Kossak.

3. O naturze polskiej Zofia Kossak napisała: „już w XVI wieku mówiono, że jest, jak koń wielkiej krwi, narowista i do prowadzenia trudna. [...] Przyczyna tego leży w przepaści [...] między tym, do czego naród był zdolny, a co czynił między koncepcją a realizacją, zamysłem a wykonaniem; w gwałtownych skokach, nieprawdopodobnych wzlotach, w czynach na miarę nadludzką i następujących tuż po nich upadkach poniżej wszelkiego poziomu. Te skoki i upadki istnieją wprawdzie wszędzie, są nieodłącznym atrybutem ludzkości, rzadko gdzie jednak spotykają się w takim napięciu jak u nas, rzadko gdzie dzieląca je przestrzeń jest równie szeroka.

W stosunku do psychiki polskiej każde zdanie jest uprawnione. Zarówno optymistyczne jak pesymistyczne. Zależnie [...] na które fakta zwrócimy baczniejszą uwagę, [...] Gdzie zatem znajduje się prawda? Prawda o nas samych? Czy znaleźć ją można w przeszłości, w ludzkich, światłych prawach, wyprzedzających Europę o parę wieków poszanowaniem godności osobistej i poczuciem wolności, czy też w powszechnym tych praw lekceważeniu?

W stawianiu ponad wszystko miłości Ojczyzny, czy w sobkostwie i anarchii? Szczerzej dźwięczało: dulce et decorum est pro patria mori, czy też: »jedz, pij i popuszczaj pasa«? Prawdziwszą była ustawa już w Statucie wiślickim zamieszczona, że zniewaga czci równa się zabójstwu, czy płaskie i poniżające wieszanie się pańskiej klamki? Co było istotne: rycerska wielkość bohaterów, czy przyziemna małość rzesz? Dusza narodu mieściż się w poczynaniach najlepszych jego synów, czy też wykładnikiem jej jest pospolitość? [...] Odległość dzieląca ideał, jaki społeczeństwo umiało sobie samemu postawić, od poziomu przyjętego przezeń życia, rodziła myśl, że niezależnie od woli narodu, poza nim, działa siła Boża, kierująca krajem.

Z tych dwóch poglądów, pesymistycznego i optymistycznego, który jest słuszniejszy? Niewątpliwie ten drugi. Aż nadto znane nasze polskie wady są więcej karykaturami zalet, przerostem ich niż przeciwstawieniem.

Spaczonym dobrem było liberum veto, elekcje królów i samowola szlachecka. To raczej braki wychowania społecznego niż wady organiczne. Ostatecznie nikt nie zaprzeczy, że jesteśmy narodem bardzo młodym. I dzieje nasze są młode. Dzieje istnieją po to, by wychowywać człowieka, utwierdzać go w człowieczeństwie, a nasze nie zdążyły jeszcze tego uczynić.

Jesteśmy wciąż niesforną bandą obiecujących rekrutów, nie przeszkolonych dostatecznie przez życie. Nie umiemy jeszcze uporać się z naszymi własnymi zdolnościami, z naszą wrażliwością, drażliwością, łatwością przyswajania, chłonienia, imitowania, szybko gasnącą zapalnością, radowaniem się byle błyskotką, obawą przed długim monotonnym wysiłkiem, z naszym przerostem indywidualizmu – zasadniczo cennym – z naszym ustawicznym niepokojem, który jest jednak zaczynem twórczym. Szamoczemy się, nielubiani przez inne, starsze narody dla tych właśnie wybryków, tego niedouczenia, nieopanowania. Powiadamy z dumą: nasza kultura, nasze dzieje, a przechodzimy mutację.

Psalmista mówi: »Tysiąc lat przed obliczem Twoim, Panie, jako dzień wczorajszy minął...«. Historia jest w tym wypadku podobną Stwórcy: tysiąc lat w jej oczach nie znaczy wiele więcej niźli doba. W tym stwierdzeniu nie ma nic uraźliwego. Młodość jest naj piękniejszą, najcenniejszą rzeczą. Beniamin był ulubieńcem ojca. W każdej bajce najmłodszy syn wdowy dokonywał tego, czego starsi zadufani uczynić nie zdołali. Mamy przed sobą długą drogę.

[...] w młodzieńczym chaosie naszej pozornej nieżyciowości, nieudolności, rozpoznać można już dzisiaj cechy trwałe, niezależne od wpływów postronnych, cechy zasadnicze, a tak piękne, że krótko wzrocznym byłby wszelki pesymizm. [...] Przede wszystkim instynktowna, plemienna wiara w człowieka i w ciągłą zależność człowieka od Boga, dobrego Boga. [...] Nie ma chyba plemienia bardziej odczuwającego potrzebę wiary niż Słowianie, przywiązującego się do przedmiotu kultu bardziej dziecinnie i tkliwie. [...] Artur Górski w jednej ze swych książek powiada: »Słowianie byli urodzonymi słuchaczami ośmiu błogosławieństw«. Ma słuszność. Łagodni, gościnni, prości, ufni. Przyjęli chrześcijaństwo bez wstrząsów.

[...] Dalszą cechą zasadniczą naszego plemienia jest brak zupełny dążności zaboru, drapieżności, chęci przewodzenia innym. Nie wyzyskiwaliśmy nigdy naszych zwycięstw. Wróg powalony przestawał być wrogiem. Nie nęciła nas cudza ziemia, nie drażniła cudza wolność. Ponad wszystko pociągały: swoboda, poszanowanie wolności osobistej i sprawiedliwość.

[...] A stosunek do chłopów poddanych, a stosunek do miast? – zapytała Zofia Kossak – Owszem, znam aż nadto te bolączki i nie myślę ich umniejszać. Nie wolno nam jednak zapominać, że za naród, za społeczeństwo, w naszym pojęciu tego słowa, uważaną była jedynie kasta rycerska, szlachecka. W jej ramach szukano rozwiązania społecznego ideału. Odmawiać przeszłości zasługi dlatego, że nie zdołała się wznieść ponad fundamentalne zasady i pojęcia swej epoki, byłoby równie krzywdzące, jak przeczyć wielkości Platona dlatego, że nie rozwiązał kwestii niewolniczej”.

Zofia Kossak-Szczucka, zdjęcie wykonane przed II wojną światową.

4. Po rozważeniu cech natury polskiej wróćmy do użytego przez Zofię Kossak pojęcia „najważniejszego, zasadniczego i niezmiennego poprzez wieki rytmu” naszych dziejów. Mówiła: „[...] Jeśli zapomnimy o ożywiającej ich wierze w nieustanną ingerencję Bożą, nie zrozumiemy naszych dziejów ani nawet języka aktów urzędowych. Dokument unii horodelskiej zaczynał się od słów: »Nie dozna zbawienia, kto się na miłości nie oprze«…

Gdy w oczach obojętnej i krótkowzrocznej Europy waliło się cesarstwo greckie pod ciosami Mahometa Zdobywcy, poseł polski Mikołaj Lasocki, jeden jedyny z obecnych na Watykanie dyplomatów, popierał wysiłki Ojca Świętego i błagał o wysłanie floty pod Bizancjum. Jak wiadomo, flota ta została wreszcie wysłana, lecz przyszła o dwa dni za późno…

Według brzmienia konstytucji stanami obradującymi opiekował się bezpośrednio Duch Święty....Wiary świętej przenigdy krwią ani prześladowaniem propagować nie należy… Ludzkie sumienia nie śmią być zniewalane musem… – mówił król Stefan Batory z okazji sprawy typografa Rodeckiego. Znacznie wcześniej zna soborze w Konstancji Paweł z Brudzewa, arcybiskup Mikołaj Trąba i Andrzej z Gosławic stwierdzili publiczne prawo wszystkich narodów do swobodnego bytu i potępili nawracanie mieczem.

Wśród piekła i zażartości wojny trzydziestoletniej, na Collegium Charitativum, zwołanym w Toruniu za inicjatywą Władysława IV, uchwalono konieczność pojednania wyznań. Zygmunt Stary odpowiedział Ekkiusowi nawołującemu go do surowości względem innowierców: »Pozwól mi być królem i owiec i kozłów, abyśmy snać niszcząc kąkol nie popsowali pszenicy...«.

Na straszliwy dopust niewoli, ciężką, aż nadto zasłużoną lekcję, naród polski nie odpowiedział buntem ni bluźnierstwem, ale ideą mesjanistyczną. O idei mesjanistycznej można dziś mówić z uśmiechem jako o nieżyciowym marzeniu poetów, nikt jednak nie poważy się odmówić jej wielkości i świętości. Była też wielkość w narodzie, który w otchłani niedoli zdobył się na podobną koncepcję odkupienia i ofiary.

Te wszystkie wyżej wymienione a wiernie powtarzające się w ciągu wieków cechy zdają się przesądzać, że posłannictwem Polski nie będą ani czyny orężne, choć z nich właśnie słynęliśmy po świecie i do nich przywiązywaliśmy największą wagę, ani torowanie drogi kulturze materialnej czy wiedzy, lecz dzieło nierównie ważniejsze – dzieło jedności i zgody. Spójrzmy, co odpowiedzą na to nasze dzieje.

5. Pierwszym wielkim aktem państwowym i świadomym był chrzest dobrowolny. Chrzest Polska przyjęła z Czech, w których mimo zależności od Rzymu panował obrządek grecki, wprowadzony przez Świętego Metodego. Polska również złączyła się ściśle z Rzymem, łącząc w sobie niejako oba obrzędy. Ta jedność trwała dość długo. [...] kolegium benedyktynów słowiańskich, ustanowione przez Jadwigę, istniało jeszcze za Długosza [...] Wapowski, historyk z XVI wieku, pisze: »Nabożeństwo narodowe z wielką szkodą niedawno zatraciło się u nas«…

W 400 lat po przyjęciu chrześcijaństwa naród polski poczuł się na siłach podjąć olbrzymie dzieło: pokojowego nawrócenia Litwy. Litwa. Wielkie, ciemne, dzikie i bitne mocarstwo, obszarem przewyższające wielokrotnie Polskę. Sięga od Bałtyku do Czarnego Morza, od Bugu do źródeł Wołgi, od Kowna po Mohylew, Rżew, Toropiec. Nigdy nikt na świecie nie przeprowadził podobnego podboju, podobnego nawrócenia bez wyciągnięcia oręża. Nie przywiódł Chrystusowi tylu dusz od razu.

Jeśli główna zasługa przypada świętej i mężnej niewieście Jadwidze, to sama myśl, genialna myśl, zrodziła się w głowach rycerzy koronnych, Spytka z Melsztyna, Dymitra z Goraja, Jaśka z Tęczyna, Jaśka z Tarnowa, Krystyna z Ostrowa – panów polskich.

Z tym czynem Polska weszła na właściwą swoją drogę, drogę unii. Unia horodelska, unia lubelska, unia brzeska..., unia polityczna, unia religijna … Dążenie do powszechnej jedności drogą pokoju i wzajemnego poszanowania. Byłoby zbędnym opowiadać przebieg unii, jej charakter i upadek. Wiemy wszyscy, jak wielkie to dzieło, zapoczątkowane na soborze florenckim, stanowiące najgłębsze marzenie Stolicy Apostolskiej, nie spełniło pokładanych w nim nadziei. W zaraniu zwichnięte, opóźniło o parę wieków zrealizowanie jedności Kościoła Bożego, której dopominał się prorok Piotr Skarga.

Powodem porażki na terenie polskim była owa wspomniana na początku rozpiętość, istniejąca między koncepcją stworzonego przez naród ideału a jego wykonaniem. Starczyło społeczeństwu ducha, by myśl unii powziąć, nie starczyło, by ją sobie samemu narzucić. Zawiodły nie tylko masy, lecz i duchowieństwo.

Zwykło się mówić, że przyczyną powstania dyzunii i wynikłej stąd walki była obrażona pycha kniazia Konstantego Ostrogskiego. Sąd to zbyt uproszczony. Nigdy ani na chwilę katolicy rzymscy nie uznali unitów za równych sobie. Wbrew brzmieniu aktu brzeskiego nigdy biskupi uniccy nie zasiedli w senacie. [...] Biskupi łacińscy wzbraniali biskupom ruskim noszenia tych odznak co oni. Jeżeli zaś pomimo nalegań nuncjusza i papieża tak postępowało wyższe duchowieństwo, cóż mówić o niższym, cóż mówić o szlachcie?

Unia nie stała się tym, czym powinna była się stać. Polska nie wypełniła swego powołania. Punkt, na którym wówczas stała, był najszczytniejszym w jej rozwoju, najbardziej doniosłym. Nie zrozumiała go. Cofnęła się.. Poświęciła idee dla względów nacjonalistyczno-politycznych. Zapłaciła za to gorzko. Szereg późniejszych klęsk, wojny kozackie, wojny moskiewskie, utrata kresów, nie byłyby nastąpiły, gdyby wówczas unię brzeską potraktowano z tą samą wielkodusznością, co niegdyś horodelską. Polska nie sprostała swemu powołaniu. Nie dojrzała go.

Ta jest różnica między zadaniem a posłannictwem, że pierwsze się widzi, drugie można tylko wyczuć. Odsieczą wiedeńską entuzjazmował się cały naród. Lecz gdy Żółkiewski, najwyższy przedstawiciel posłannictwa polskiego, zdobywał miłość i szacunek Moskwy, nie stał za nim nikt, nikt prócz księdza Skargi”.

6. W tym miejscu Zofia Kossak wraca do celu swego wystąpienia, czyli do spojrzenia w przyszłość, bo przecież posłannictwo Polski ma się wypełniać.

„[...] historia się powtarza, powinność niespełniona nawraca i oto po trzech wiekach opóźnienia sprawa unii Kościołów staje się znowu żywą i palącą. Wzywa nasze pokolenie. Jak niegdyś, jest wciąż pragnieniem Stolicy Apostolskiej, gorącym życzeniem ukochanego przez nas wszystkich niezłomnego starca, Ojca Świętego”.

Oby nie umknęło to naszej uwadze: o czym myślał właśnie dobiegający swych dni „niezłomny starzec na tronie Piotrowym”, autor encyklik Mit brennender Sorge (przeciw niemieckiemu narodowemu socjalizmowi, z 14 marca 1937 roku) i Divini Redemptoris (o bezbożnym komunizmie, z 19 marca 1937 roku)? Myślał o unii Kościołów, czyli o sposobie jednoczenia wyznań i narodów alternatywnym wobec tego, który cechuje imperia bezbożników i materialistów. W Kościele polskim, kierowanym przez prymasa Hlonda, tak bliskiego Piusowi XI, dobrze o tym wiedziano.

„I jak wówczas – kontynuowała swe wystąpienie Zofia Kossak – spełnienie tego życzenia jest naszym obowiązkiem, naszym powołaniem. Czy tym razem społeczeństwo pojmie to? Czy przeprowadzi zadanie?”.

Tu następuje najbardziej niezwykły i osobisty moment jej wywodu. Oto Polka i katoliczka, człowiek sumienia, dojrzewa do zrozumienia własnego błędu. Czyni to publicznie nie po to, by samą siebie biczować, ale by być uczciwą. To mniej ważne, iż nadciągające okoliczności historyczne sprawią za chwilę, że za tym aktem zrozumienia i nawrócenia, dokonanym w niezwykłej chwili dziejów, nie pójdzie realizacja postulowanego programu. przez siły zła zostaną sprowokowane nowe, bolesne powody nieufności, niechęci, nienawiści, pogardy między narodami i wyznaniami. Co najważniejsze, gdy dziś czytamy jej słowa, także przed nami pojawia się pytanie do rachunku sumień: czy dziś jesteśmy w stanie przyjąć prawdę jej słów? Zofia Kossak mówiła:

„[...] sama należałam – przyznaję to ze wstydem – do grona ludzi odczuwających instynktowną niechęć na samą myśl o zetknięciu się z prawosławiem, z Cerkwią, z popami. [...] działał kompleks z czasów niewoli, uraz wiekowego poniżenia, nienawiść do prześladowcy. Ten uraz wciąż żywy, niedozwalający spojrzeć dalej, działa szczególnie silnie na terenie dawnej Kongresówki i tak zwanych niegdyś prowincyj zabranych, stanowi przeszkodę grożącą po raz drugi porażeniem całego dzieła.

[...] Prawdopodobnie trwałabym do dziś dnia w tych poglądach, gdyby nie zaszczytne, otrzymane przed kilku miesiącami wezwanie do skreślenia niniejszych paru słów o chrześcijańskim posłannictwie Polski, [...] w czym ono leży.

[...] Przesuwałam w pamięci dzieje jak różaniec. W miarę tego rozpamiętywania, z nieubłaganą wyrazistością i logiką stawało przed oczy dzieło jedności Kościoła, z niechęcią, iście XVII wieku godną, poprzednio odsuwane. Nie dawało się ominąć, rysowało coraz wyraźniej. Każdy szczegół potwierdzał, że tu jest właściwy narodu cel, obowiązek i powołanie. Potwierdzał tak jaskrawo, że wszelkie poprzednie zastrzeżenia musiały się ze wstydem cofnąć i przepaść.

[...] Wskaźnikiem naszej Akcji Katolickiej na lata bieżące są uchwały Plenarnego Synodu, wśród nich zaś jedną z ważniejszych jest misja unijna Kościoła. Trzeba tę ideę silniej niż dotychczas propagować, społeczeństwo o niej pouczać, trzeba istniejącą niechęć demaskować, obalać i zwalczać, aby nie powtórzyły się znów dawne błędy. Społeczeństwo XVI wieku postawiło względy nacjonalistyczne i polityczne wyżej niż nakazy etyki chrześcijańskiej. Obyśmy tego samego dziś nie powtórzyli! Jakkolwiek wielkim jest dzieło złączenia Kościołów, nie wyczerpuje ono jeszcze całkowicie naszego polskiego posłannictwa”.

7. Tu Zofia Kossak przeszła do diagnozy nadchodzącego czasu i związanych z nim wyzwań. Z dzisiejszej perspektywy potrafimy już ocenić, na ile trafna okazała się ta diagnoza, wypowiedziana we wrześniu 1938 roku:

„Żyjemy w straszliwych i groźnych czasach – mówiła – w momencie poprzedzającym walną rozprawę dobra ze złem. Od tych zapasów zadrży cały świat w posadach. To wisi już nad głowami, to zbliża się z każdą chwilą. Wokół naszej katolickiej polskiej reduty piętrzą się fale wrogiej nam i Kościołowi ideologii, osaczają ją z dwóch stron. Nikt już chyba dziś nie wierzy, by między hitleryzmem a bolszewizmem istniała rzeczywista rozbieżność.

Posiała je ta sama ręka, zrodziły pożądliwość i pycha. Są między nimi różnice i antagonizmy, ideologia pozostaje ta sama. Tu i tam polega ona na negacji Boga i Jego miłosierdzia, na drapieżnym egoizmie, nienawiści do drugich, a przede wszystkim na zaprzeczeniu praw jednostki. Zarówno w Rosji, jak i w Niemczech jednostka nie istnieje sama przez siebie. Stanowi mało znaczącą komórkę wielogłowego organizmu zbiorowego, państwa”.

Zauważmy, że ta diagnoza Zofii Kossak z 1938 roku jest przede wszystkim diagnozą Kościoła, diagnozą Piusa XI, diagnozą prymasa Hlonda.

„My, katolicy – mówiła Zofia Kossak – wiemy, że podobne deptanie jednostki jest grzechem. Każdy poszczególny człowiek został odkupiony przez Chrystusa Pana, krwią Jego uświęcony i unieśmiertelniony. Dusza jest indywidualną. Chrystus Pan nie mówił o stadzie, ale o jednej owcy zabłąkanej, której pasterz szuka z równą uwagą jakby chodziło o całą gromadę. Chrystus Pan w sakramencie ołtarza nie udziela się zbiorowo, ale każdemu z osobna.

Zaprzeczenie praw jednostki i nienawiść! Oto, co nas otacza. Oto, co nam grozi, przelewa się, wsącza. Musimy być czujni i zbrojni, bo w przeciwstawieniu się tej złej potędze leży najistotniejsze nasze posłannictwo. Dla niego Bóg nas stworzył, z martwych wskrzesił i przy życiu utrzymuje. Dla tego dzieła nas przeznaczył i nie wolno nam się od niego uchylić.

Musimy naszą polską, katolicką i narodową, ale nie nacjonalistyczną ideologię rozszerzać na całe społeczeństwo i ruszyć z nią do kontrataku. Musimy ratować naszych braci katolików zarażonych hasłami totalizmu i nienawiści rasowej. Musimy ich przekonać, że »nie dostąpi zbawienia, kto się na miłości nie oprze«.

Etyka chrześcijańska jest tylko jedna. Nie można jej ani rozumieć dwojako, ani uchylać. Nie można być katolikiem z takim lub innym zabarwieniem. Jest się katolikiem lub się nie jest wcale. Dowieść tego to nasz obowiązek. My, kłótliwi, lekko myślni, niedowarzeni, ale stygmatem Bożym naznaczeni i wybrani. My, cośmy nigdy nie uciskali nikogo, cośmy akta państwowe rozpoczynali ewangelicznym wezwaniem, cośmy poszanowanie wolności bliźniego, głosu mniejszości doprowadzali do absurdu, my najmłodsi – Beniamin latyńskich narodów – my przeciwstawimy się złej fali i złamiemy ją! Jak Jasna Góra w czasie szwedzkiego potopu, my będziemy twierdzą Kościoła w ciężkie dni rozprawy. To jest nasze posłannictwo, to nasz za szczyt, nasze przeznaczenie.

Upadek obecnego świata, obecnej zatrutej cywilizacji, zaprzątał z dawna umysły myślicieli i poetów. Przekazali nam wizje ostatnich chwil ginącego globu. W znanym swym dziele pisarz niemiecki Kluk stawia obraz Ojca Świętego opuszczonego przez wszystkich, przy którym stoi jedynie anioł wędrowny, co towarzyszył Adamowi i Ewie po wygnaniu z raju. Do nikogo z nas nie przemówi ta tragiczna, mylna wizja. Dla nas realnym jest przeczucie wieszcza, który … szable polskie oglądał w widzeniu, gdy mury pękające w Piotrowym sklepieniu nad białym starcem, gdy go wszyscy opuścili, same jedne trzymały w wielkiej sądu chwili…

Pozostać wiernymi. Nie sprzeniewierzyć się Kościołowi i samym sobie. Nie zaprzeć się wielkich drogowskazów nad dziejami naszymi stojących – oto jest chrześcijańskie i ostateczne posłannictwo Polski” (…)

Powyższy tekst to fragment książki Jana Łopuszańskiego „Bóg wtajemnicza w polskość”, wyd. Fronda.

Czytaj też:
Czym jest Czyściec? "Świadkowie Bożego miłosierdzia"

Czytaj też:
Niech wasza mowa będzie: tak, tak; nie, nie

Czytaj też:
Szkoła modlitwy wschodnich Ojców Kościoła