Z buddyjskiego klasztoru do międzywojennej Warszawy
  • Łukasz CzarneckiAutor:Łukasz Czarnecki

Z buddyjskiego klasztoru do międzywojennej Warszawy

Dodano: 
Cmentarz Wojskowy- Powązki
Cmentarz Wojskowy- Powązki Źródło: PAP / Leszek Szymański
Jak powszechnie wiadomo, podróże kształcą, zwłaszcza te do krajów dalekich i egzotycznych. Z tego założenia wyszedł zapewne opat tokijskiej świątyni buddyzmu zen Shussanji Nandokurin, gdy w roku 1922 organizował w japońskim MSZ stypendium na zagraniczne studia w Europie dla niedawno wyświęconego młodego mnicha Umedy Ryōchū. Gdyby świątobliwy przeor wiedział, że jego protegowany miast do będącego punktem docelowym Berlina trafi do Warszawy i jak hulaszcze życie będzie w niej prowadził, możliwe, że jeszcze trochę pomedytowałby nad tym pomysłem…

Na Powązkach Wojskowych, tysiące kilometrów od ojczystych stron, spoczywają zamknięte w urnie skremowane szczątki byłego japońskiego zakonnika ze szkoły zen. Zmarły w 1961 r. Umeda, dokonawszy krótko przed śmiercią konwersji na katolicyzm, w testamencie zażyczył sobie, by jego prochy pochowano w Warszawie, mieście, w którym spędził najlepsze 17 lat życia. A był to okres złotej młodości „jurnej i durnej”, o której sam zainteresowany opowiadał później z pewnym zażenowaniem, wyrażając żal, że więcej czasu poświęcał na imprezowanie w gronie bohemy niż studiom filozoficznym, na które wyekspediował go opat macierzystego klasztoru.

Początkowo nic nie zapowiadało, że życie urodzonego w 1899 r. Umedy Ryōchū (było to imię zakonne nadane przez opata, w dzieciństwie zwano go Yoshiho) potoczy się niezwykłymi torami. Pochodził z zamożnej rodziny, a jego ojciec piastował dochodową funkcję prawnika koncernu Mitsui. Kiedy jednak chłopiec skończył dziewięć lat, w firmie doszło do skandalu i defraudacji pieniędzy. Umeda senior, choć niewinny, wziął odpowiedzialność za przestępstwo na siebie, by pozwolić zwierzchnikom uniknąć kompromitacji.

Artykuł został opublikowany w najnowszym wydaniu tygodnika Do Rzeczy.