Na Powązkach Wojskowych, tysiące kilometrów od ojczystych stron, spoczywają zamknięte w urnie skremowane szczątki byłego japońskiego zakonnika ze szkoły zen. Zmarły w 1961 r. Umeda, dokonawszy krótko przed śmiercią konwersji na katolicyzm, w testamencie zażyczył sobie, by jego prochy pochowano w Warszawie, mieście, w którym spędził najlepsze 17 lat życia. A był to okres złotej młodości „jurnej i durnej”, o której sam zainteresowany opowiadał później z pewnym zażenowaniem, wyrażając żal, że więcej czasu poświęcał na imprezowanie w gronie bohemy niż studiom filozoficznym, na które wyekspediował go opat macierzystego klasztoru.
Początkowo nic nie zapowiadało, że życie urodzonego w 1899 r. Umedy Ryōchū (było to imię zakonne nadane przez opata, w dzieciństwie zwano go Yoshiho) potoczy się niezwykłymi torami. Pochodził z zamożnej rodziny, a jego ojciec piastował dochodową funkcję prawnika koncernu Mitsui. Kiedy jednak chłopiec skończył dziewięć lat, w firmie doszło do skandalu i defraudacji pieniędzy. Umeda senior, choć niewinny, wziął odpowiedzialność za przestępstwo na siebie, by pozwolić zwierzchnikom uniknąć kompromitacji.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
