„Wystawa czasowa »Wybielanie« jest autokrytycznym spojrzeniem Muzeum na swoją przeszłość. Jej celem jest ukazanie kolonialnych schematów oraz próba zmierzenia się z nimi – to ważne zadania instytucji znajdującej się w kraju, który starał się realizować swoje kolonialne ambicje, będąc zarazem przedmiotem wewnętrznej kolonizacji europejskiej. Tytuł wystawy nawiązuje do mitu »kolonialnej niewinności« Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej”.
Państwowe Muzeum Etnograficzne w Warszawie od 3 kwietnia udostępnia wystawę czasową pod wymowną nazwą „Wybielanie”. W czasie jej zwiedzania dowiemy się, że może i nie mieliśmy kolonii, ale i tak wpisujemy się w zachodni sposób myślenia o Afryce. I to nawet mimo tego, że sami w jakiś sposób byliśmy „kolonią” dla krajów, które w 1795 roku ostatecznie podzieliły nasze terytorium między siebie.
Drodzy Rodacy, może i Wasi przodkowie nie strzelali w wojnach kolonialnych do „Murzynów”, ani nie zamykali ich w obozach koncentracyjnych, ale spieszcie się za nich przepraszać, bo – kto wie! – może przez chwilę któremuś z nich zamarzyły się afrykańskie bogactwa, o które ścigali się nasi zachodni sąsiedzi.
Wciskanie sprawczości
Polska nie miała kolonii. I nie, żadna Ukraina, Litwa, Białoruś naszymi koloniami nie były. To historyczny, choć popełniany z premedytacją w pewnych kręgach błąd, który ma wskazywać, że Polacy wcale nie „odstawali” od państw zachodnich, które od czasów Henryka Żeglarza penetrowali afrykańskie (i nie tylko) wybrzeża.
Ale strzeżcie się myśleć inaczej. Jeśli spróbujecie, to tęgie głowy z Muzeum Etnograficznego w Warszawie wyjaśnią Wam, że Polacy, zacytujmy: „próbowali zaznaczyć swoje miejsce w zachodniej kulturze i potwierdzić swoją przynależność do tzw. »cywilizacji białego człowieka«. Aby ugruntować swoją pozycję, należało m.in. zdefiniować Czarnych jako odmiennych, czy wręcz obcych. Służyły temu naukowe i muzealne praktyki, które opierały się na egzotyzacji oraz wartościowaniu cywilizacji pozaeuropejskich jako słabiej rozwiniętych. Kolonialne ślady widzimy zarówno w sposobach prowadzenia badań, organizowania ekspedycji, pozyskiwania obiektów do muzealnych kolekcji, jak i tworzenia wizualnych reprezentacji rasy za pomocą medium fotografii”.
Co za dramatyczny, pseudointelektualny, postmodernistyczny bełkot. Do tego świadczący o kompletnym niezrozumieniu procesów historycznych oraz pokazujący, że osoba pisząca te słowa w skali jeden do jednego przykłada dzisiejsze rozumienie pojęć i faktów do wydarzeń sprzed stu, dwustu czy pięciuset lat. Takie działanie całkowicie zaciera to, jak wyglądały wydarzenia sprzed lat, zniekształca je i automatycznie deprecjonuje.
Część przedstawicieli środowisk naukowych w Polsce, zwłaszcza związanych z kierunkami tj. etnologia, antropologia kulturowa i historia, od wielu lat próbują „włączyć” Polskę i Polaków i kolonialne przewiny. Pamiętam pewną konferencję naukową, na której polskie panie badaczki próbowały przekonać, szczególnie gości z krajów afrykańskich (notabene ku ich zdziwieniu, bo chwilę wcześniej panowie bardzo Polskę chwalili), że Polacy wcale nie są tacy tolerancyjni i przyjaźni, bo mają wierszyk o „Murzynku Bambo” i nic z tym nie robią! Zgroza. To były osoby, które na co dzień prowadzą zajęcia ze studentami.
Tak było kilka lat temu. Obecnie jest tylko gorzej. Wystawa „Wybielanie” doskonale wpisuje się w ten trend. W myśl osób, które przygotowują tego typu wydarzenia, Polska nie może (po prostu NIE MOŻE) być wyłączona z procesu przepraszania za grzechy kolonializmu. Szalejący na Zachodzie nurt „Black lives matter”, który zresztą w ogromnie wielu aspektach jest nacechowany wyłącznie ideologicznie i kompletnie oderwany od faktów, ma nastać także w Polsce.
Czy naprawdę przyjdzie nam przepraszać za Stefana Szolca-Rogozińskiego, Bronisława Malinowskiego, Kazimierza Nowaka, Bronisława Piłsudskiego, a może nawet polskich misjonarzy działających w Afryce i Ameryce Południowej? Za co? Bo przed stu czy więcej laty uważaliśmy Afrykanów czy ludzi żyjących w amazońskiej dżungli za gorzej rozwiniętych cywilizacyjnie od Europy i USA? Bo istniała w Polsce organizacja taka jak Liga Morska i Kolonialna? Za to, że dzięki Piłsudskiemu przetrwała pamięć o ludu Ajnów? Bo pan Szolc-Rogoziński prowadził badania w Kamerunie i snuł, niedające się zresztą zrealizować, marzenia o posiadaniu przez Polskę kolonii? Z niego był taki kolonista, że pomagał jeszcze spotykanym na miejscu Afrykanom, zamiast zaprzęgać ich do niewolniczej pracy. A do tego doradzał im, żeby raczej próbowali dogadać się z Brytyjczykami, niż Niemcami. Nawet Otto von Bismarck był zdania, iż „gdyby nie ten polski awanturnik podbój Kamerunu poszedłby Niemcom znacznie łatwiej”. Może za to przeprośmy? To w końcu prawie to samo, co zachodnioeuropejski oraz muzułmański (nie zapominajmy o tym!) kolonializm i masowe wywózki niewolników z Afryki, niemieckie ludobójstwo w Afryce dokonane w Namibii i Tanzanii, brytyjskie obozy koncentracyjne w RPA czy pacyfikacja powstania Kikujów w Kenii. PRAWIE.
Czytaj też:
Czarni przeciw czarnymCzytaj też:
Szczątki wybitnego Polaka wracają do kraju. Jego historia wciąż jest za mało znanaCzytaj też:
Szlakiem polskich badaczy Syberii
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.