Najważniejsze imprezy sportowe – zarówno w Polsce Ludowej, jak i za granicą – odbywały się pod czujnym okiem „smutnych panów”, głównie tych z Urzędu Bezpieczeństwa, a następnie ze Służby Bezpieczeństwa, a w mniejszym stopniu również Informacji Wojskowej, a później Wojskowej Służby Wewnętrznej. Nie inaczej było także w przypadku igrzysk olimpijskich – zarówno tych letnich, jak i zimowych. Członkowie polskich ekip olimpijskich wyjeżdzający z ludowej ojczyzny byli zresztą pod podwójnym nadzorem – kierownictwa ekipy oraz funkcjonariuszy bezpieki i ich agentury. Pod nadzorem esbeków pozostawali również ci Polacy, którym udało się – zazwyczaj po starannej selekcji – na nie wyjechać. Były to – w przypadku SB – poważne, a jak w przypadku pierwszych igrzysk w państwie socjalistycznym (w Moskwie latem 1980 r.) wręcz wielkie operacje. Przy czym funkcjonariusze zdecydowanie więcej uwagi poświęcali igrzyskom letnim, co zresztą zrozumiałe, gdyż wyjeżdżało na nie znacznie więcej rodaków niż na zmagania zimowe. A i potencjalnych zagrożeń było – w ocenie esbeków – w ich trakcie więcej.
Przyjrzyjmy się jednak działaniom Służby Bezpieczeństwa w związku z igrzyskami zimowymi.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
