Mocarstwo, ale regionalne
  • Piotr WłoczykAutor:Piotr Włoczyk

Mocarstwo, ale regionalne

Dodano: 
Ostatnia defilada przyjmowana przez marszałka Piłsudskiego, Warszawa, 11 listopada 1934.
Ostatnia defilada przyjmowana przez marszałka Piłsudskiego, Warszawa, 11 listopada 1934. Źródło: NAC
– W elitach II RP mocne było przeświadczenie, że Polska albo będzie silna, albo nie będzie jej wcale – mówi historyk prof. Mariusz Wołos.

PIOTR WŁOCZYK: Czy elity II RP faktycznie uważały Polskę za mocarstwo?

PROF. MARIUSZ WOŁOS: Najważniejsi polscy politycy, tacy jak Józef Piłsudski, Roman Dmowski czy Wincenty Witos, zdawali sobie sprawę z tego, że Polska nie jest mocarstwem. Natomiast wszyscy oni mieli przeświadczenie, że ich państwo powinno stać się mocarstwem. Oczywiście nie takim jak USA, Wielka Brytania czy nawet Francja lub Włochy, ale mocarstwem w skali regionalnej, państwem, które sporo „waży” w Europie Środkowo-Wschodniej. Myślę, że źródłem wielu nieporozumień jest słynna książeczka pod znamiennym tytułem „Polska jest mocarstwem”, napisana przez ówczesnego ambasadora RP we Francji Juliusza Łukasiewicza i opublikowana w 1938 r.

Do dziś przytaczana jest ona w dyskusjach o II RP głównie w szyderczym kontekście.

Mało kto czytał tę książkę, ale wszyscy znają jej tytuł i rzeczywiście często używa się go w szyderstwach. Jeżeli jednak wczytamy się w książkę tego bliskiego współpracownika Józefa Becka, to okazuje się, że Łukasiewicz pisze o mocarstwie w skali regionalnej. To nie był odosobniony głos. W elitach II RP mocne było przeświadczenie, że Polska albo będzie silna, albo nie będzie jej wcale.

Istniały jednak obiektywne trudności, których nie sposób było szybko pokonać.

Nasze elity rozumiały, że Polska była krajem bardzo biednym. Jak powiedział gen. Gustaw Orlicz-Dreszer w 1925 r. do Józefa Piłsudskiego: „… bieda wraz z nędzą do okien zaglądająca”. Tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej niemiecki potencjał gospodarczy i – co za tym idzie – zbrojeniowy był ok. 11 razy większy od polskiego. Z drugiej strony była sowiecka gospodarka, która choć bardzo skrzywiona, tzn. ignorująca potrzeby ludności cywilnej, dysponowała coraz potężniejszym przemysłem ciężkim. Potencjał sowiecki był co najmniej kilkukrotnie większy od polskiego. Nie znamy dokładnych liczb, ponieważ dane te były ukrywane. W związku z tym Polska musiała podjąć próbę budowy większego organizmu politycznego w tej części Europy.

Czym miała się objawiać ta mocarstwowość regionalna? Mieliśmy być „dawcą bezpieczeństwa” dla innych państw regionu i samemu korzystać na takiej obronnej symbiozie?

Dokładnie tak. W ten sposób widzieli to piłsudczycy. Elementem tej polityki była próba budowania przez Polskę defensywnego bloku złożonego z limitrofów, czyli państw graniczących z ZSRS, zlokalizowanych na styku dwóch typów cywilizacji. Od Finlandii na północy, przez państwa bałtyckie, do Rumunii na południu. To było bardzo źle przyjmowane przez Sowietów, którzy widzieli w tym agresywny plan. Tego typu starania pasowały im doskonale do koncepcji „okrążania” państwa komunistycznego. Nawiasem mówiąc, ta sama retoryka stosowana jest przez Rosję do dziś wobec NATO, które podobno marzy o zaatakowaniu Rosji. Oczywiście ta interpretacja stała w sprzeczności z rzeczywistością: budowanie przez Polskę bloku polityczno-militarnego miało być organizmem stricte defensywnym. Wszystkie te kraje obawiały się wielkoruskiego szowinizmu pokrytego patyną komunizmu. Na początku lat 20. pojawiły się próby zawierania konwencji z państwami bałtyckimi. Łotwa, Estonia i Finlandia wydawały się naturalnymi sprzymierzeńcami. Koncepcja Związku Bałtyckiego, nieudana, rozbiła się o niechęć wejścia tych państw w alians z Polską. Kraje te rozumiały implikacje wynikające ze swojego położenia między Niemcami a Rosją bolszewicką, ale uznawały, że Polska jest jednak zbyt słabym partnerem, by pełnić rolę gwaranta bezpieczeństwa.

Artykuł został opublikowany w 1/2023 wydaniu miesięcznika Historia Do Rzeczy.