Lipiec 1941 r., okolice łotewskiego Dyneburga. Do szpitala polowego przyjeżdża prof. Hans Kilian, chirurg, który pełni funkcję konsultanta – ma wspierać w trudnych przypadkach mniej doświadczonych kolegów po fachu. Takim przypadkiem jest bez wątpienia ciężka rana odniesiona przez szeregowego o imieniu Franz. Żołnierz ma strzaskany piąty krąg szyjny. Jeżeli paraliż posunie się w górę, to mężczyźnie grozi śmierć. Profesor Kilian zarządza wykonanie zdjęcia rentgenowskiego, by dokładnie przeanalizować sytuację pacjenta.
Obaj lekarze patrzą na mnie bezradnie.
– Nie możemy spełnić pańskiej prośby. Nie mamy aparatu rentgenowskiego, nie mamy też agregatu prądotwórczego.
– Co proszę?! Nie macie urządzenia rentgenowskiego?! Jak więc zdobywacie informacje o złamaniu postrzałowym, polu zranienia, położeniu i głębokości odłamków?! Jak nastawiacie złamania?! – pytam wzburzony.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
