W tym roku, dokładnie 22 czerwca, minie 100 lat od urodzin Tadeusza Konwickiego, prozaika, autora „Małej apokalipsy”, „Kompleksu polskiego” i „Kalendarza i klepsydry”, a także reżysera filmowego, twórcy „Ostatniego dnia lata”, „Salta” i „Jak daleko stąd, jak blisko”. W latach 70. i 80. Polacy rozczytywali się w jego książkach, a nie zapomnieli o nim także wtedy, gdy po wydaniu „Pamfletu na siebie” w roku 1995 praktycznie złamał pióro, co najwyżej odkurzając dawne swoje teksty, jak w tomie „Wiatr i pył” czy, z rzadka, udzielając takich wywiadów, jak „Pamiętam, że było gorąco”. Dożył Pan Tadeusz 88 lat. Dwa lata przed śmiercią widzowie Teatru Telewizji mogli go zobaczyć w spektaklu Andrzeja Barta „Bezdech” w znamiennej scenie, w której grany przez Bogusława Lindę powracający do kraju po dłuższym pobycie w Ameryce reżyser całuje go w rękę. W podzięce za to, co zrobił, i za to, że jest i że tak łatwo natknąć się na tego „potocznego wieszcza”, jak nazwał go Tadeusz Sobolewski, na jego codziennej warszawskiej trasie od ulicy Górskiego, gdzie mieszkał, przez Nowy Świat z Kawiarnią Bliklego i Plac Trzech Krzyży do Kawiarni Czytelnika przy ulicy Wiejskiej.
Niemal wszystkie jego książki (wydane po 1956 r.!) stawały się punktami odniesienia w każdej poważnej debacie w Polsce – o naszej historii, tradycji, kulturze, literaturze. A jednak próżno szukać nazwiska Tadeusza Konwickiego na długiej liście patronów roku 2026. Prześlepił go dziwnie i nasz parlament, a uhonorował przecież m.in. i Józefa Czapskiego, i Sergiusza Piaseckiego, Jerzego Giedroycia i Ignacego Daszyńskiego, Mieczysława Fogga i Andrzeja Wajdę, który zresztą zekranizował „Kronikę wypadków miłosnych” Konwickiego. Nawiasem mówiąc, autor „Małej apokalipsy” tu i ówdzie wbijał szpile swojemu – jednocześnie – przyjacielowi i rywalowi.
Trzeba przy tym przyznać, że miernotami się nie zajmował. A nieraz mocno ukłuci przez niego pisarze i filmowcy, zachowujący na ogół olimpijski spokój, potrafili się obrazić, jak Stanisław Dygat, nad czym Konwicki szczerze bolał. Pióro miał ostre, dostało się zatem od niego nie tylko Wajdzie („Nie posiada uczniów i naśladowców. Bo nie można naśladować naśladownictwa”), lecz także Iwaszkiewiczowi („Wypełnił istotną lukę w polskiej literaturze dziewiętnastowiecznej”) i Tyrmandowi („Jeśli był antykomunistą, to tak jakby należał do jachtklubu”). Czynił jednak, rzadkie, bo rzadkie, wyjątki. Po pierwsze: dla Antoniego Słonimskiego, który z kolei – z racji i wieku, i urzędu – szydził sobie z niego, zastanawiając się na przykład, jakie miejsce w literaturze zajmowałby jego młodszy kolega, gdyby wielekroć opisywał nie swoje Miasto (czyli Wilno), a – dajmy na to – Bydgoszcz. Konwicki przecierpiał te złośliwości, by w „Kalendarzu i klepsydrze” uhonorować starego skamandrytę aktem strzelistym: „Jest on dla mnie niedoścignionym wzorem i jak nad bezcennym wzorcem, jak nad platynowym wzorcem przechowywanym co prawda nie w Sèvres pod Paryżem, ale też dobrze, bo w Alei Róż, nad tym moim wzorcem czuwam pilnie od rana do nocy, chuchając i leciutko dmuchając, a w tym chuchaniu i leciutkim dmuchaniu pomaga mi wielu ludzi, którzy również kochają Antoniego”.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
