Łaciński tytuł artykułu zaczerpnąłem z wczesnośredniowiecznego dokumentu spisanego gdzieś na zachodzie dzisiejszej Francji. Jest to lista słów, co do których pisowni anonimowy autor – być może autochtoniczny Gal, być może zasiedziały od kilku pokoleń Rzymianin, być może sarmacki imigrant świeżo przybyły znad Wisły – ma wątpliwości. We współczesnej polszczyźnie też są takie wyrazy i bynajmniej nie chodzi o gżegżółkę (czyli kukułkę), tylko o słowa i zwroty powszechnie używane.
Przez długi czas polska ortografia przypominała wolnoamerykankę – zapasy, w których wszystkie chwyty są dozwolone – ale pod sam koniec XVIII w. podjęto próbę uregulowania jej. To wówczas pojawiły się litery „j” oraz „ó”. Oczywiście próba kodyfikacji wzbudziła spory – w ich toku zrezygnowano m.in. z liter „á” oraz „é” – które od tamtej pory stały się chlebem powszednim podczas zmieniania „konstytucji” języka.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
