Dla Polaków sąsiadujących od stuleci z Rosją i Niemcami geografia ma szczególne znaczenie. Położenie geograficzne oznacza dla nas fundamentalny wybór – między byciem zdominowanym albo zabezpieczeniem wolności. Po transformacji ustrojowej z roku 1989 naszym celem było jak najszybsze włączenie się Polski do struktur zachodnich: UE oraz NATO. Wejście do nich stanowiło zwieńczenie marzeń i aspiracji elit, które poczuły się zwolnione z obowiązku aktywności, bo strategiczne cele zostały osiągnięte. Nie przewidywano wykorzystywania tych organizacji dla realizacji dalekosiężnej strategii Rzeczpospolitej.
Z punktu widzenia geografii Międzymorze jest niezbędne dla zachowania suwerenności Rzeczypospolitej.
Niniejszy tekst to fragment książki Tomasza Grzegorza Grosse pt. „Międzymorze. Geopolityka. Geoekonomia. Geokultura”, wyd. Zona Zero
Siły nie da się osiągnąć bez zamożności, a zamożności nie da się zagwarantować bez siły. – Zheng Guanying
Więcej lękam się naszych własnych błędów niż planów nieprzyjacielskich. - Tukidydes
Celem książki jest omówienie polskich dylematów strategicznych w odniesieniu do trzech perspektyw analitycznych: geopolityki, geoekonomii i geokultury. W tle moich rozważań jest Międzymorze – koncepcja Józefa Piłsudskiego zbudowania federacji w Europie Środkowej i Wschodniej, przede wszystkim w odniesieniu do Polski, Litwy, Białorusi i Ukrainy. Później Marszałek rozmyślał także o pogłębionej współpracy z państwami Europy Środkowej i nadbałtyckimi. Międzymorze jest bowiem ujmowane szeroko, nie tylko jako terytorium Pierwszej Rzeczypospolitej, ale również jako obszar pomiędzy trzema morzami: Bałtykiem, Adriatykiem i Morzem Czarnym. Rozważaniom na temat polskiej strategii w odniesieniu do tego regionu będę poświęcał kolejne rozdziały.
Geopolityka klasyczna to połączenie geografii z polityką, choć w praktyce oznacza strategię w polityce zagranicznej, uwzględniającą uwarunkowania geograficzne. Dla Polaków geografia ma szczególne znaczenie. Sąsiadują bowiem z dwiema potęgami – Rosją i Niemcami – które niejednokrotnie miały w historii tendencje imperialne. Dla obu tych państw panowanie w Europie Środkowej i Wschodniej było kluczem do sukcesu, a więc do dalszej ekspansji i statusu potęgi już nie tylko regionalnej, ale także światowej. Polacy i inne narody Europy Środkowej wielokrotnie w historii były przedmiotem zaborów, całkowitej lub częściowej utraty niepodległości. Dlatego usytuowanie geograficzne oznacza dla nas fundamentalny wybór – między byciem zdominowanym (lub obszarem nieustającej rywalizacji między Moskwą a Berlinem) albo koniecznością zabezpieczenia swojej wolności. Dla zachowania suwerenności – z punktu widzenia geografii – niezbędne jest właśnie Międzymorze. Tylko pogłębiona integracja regionalna w tej części Europy stwarza bowiem warunki dla podmiotowości wszystkim państwom położonym między trzema morzami.
Podstawowe znaczenie dla realizacji takiej współpracy ma Polska, przekonanie elit i społeczeństwa o potrzebie podjęcia takiej właśnie strategii. Do tego niezbędne są też sojusze, zwłaszcza z Ukrainą, w przyszłości z Białorusią, następnie z innymi państwami Europy Środkowej. Pierwszym zaczynem dla takiego współdziałania jest Grupa Wyszehradzka, a także Inicjatywa Trójmorza. Niemniej, na samym początku, to Polacy muszą sami chcieć takiej integracji. Następnie powinni wypracować odpowiednie instrumenty do jej realizacji – w pierwszym rzędzie strategię geopolityczną, geoekonomiczną i geokulturową. Niezbędne jest też silne państwo, administracja, dyplomacja i nowoczesna, prężna gospodarka. Wreszcie konieczny jest potencjał wojskowy i przemysł zbrojeniowy, które będą nie tylko ochroną przed zewnętrznym imperializmem, ale także gwarancją dla innych państw Międzymorza, że mogą realnie liczyć na polskie wsparcie dla ich bezpieczeństwa.
Innymi słowy, Polska potrzebuje wielkiej strategii, czyli dalekosiężnego dokumentu państwowego, który będzie wskazywał podstawowe kierunki w polityce zagranicznej, w sferze bezpieczeństwa, rozwoju gospodarki i społeczeństwa. Po transformacji ustrojowej z roku 1989 mieliśmy tylko zarys takiej strategii. Jej celem było jak najszybsze włączenie się do struktur zachodnich: Wspólnot Europejskich (później przemianowanych na Unię Europejską) oraz NATO. Jednocześnie polskie elity skupiły się na ścisłych relacjach sojuszniczych z Waszyngtonem i Berlinem. Wejście do obu tych organizacji międzynarodowych było zwieńczeniem marzeń i aspiracji. Miało zapewnić dobrobyt i bezpieczeństwo. Polskie elity poczuły się zwolnione z obowiązku czujności, a nawet aktywności, bo strategiczne cele zostały osiągnięte. Co więcej, delegowały szereg interesów narodowych na te organizacje i wiodące w nich zachodnie państwa sojusznicze. Celem ostatecznym było więc przykładowo samo członkostwo w Unii Europejskiej (UE), a nie wykorzystywanie tej organizacji dla realizacji dalekosiężnej strategii. Przykładem takiego nastawienia może być polsko-szwedzka inicjatywa Partnerstwa Wschodniego. Powstała ona pod auspicjami UE w 2009 roku i zamiast stać się narzędziem polskiej strategii w polityce wschodniej, służyła delegowaniu odpowiedzialności za tę politykę na Brukselę i w dużej mierze także na Berlin. Doprowadziło to do stopniowego zmniejszania aktywności polskiej dyplomacji na tym arcyważnym dla Polski strategicznym kierunku. Było to poważne zaniedbanie geopolityczne. Wynikało w gruncie rzeczy z bardzo niedojrzałej strategii w polityce zagranicznej, której jedynym celem było członkostwo w UE i NATO. Wówczas nastąpił „koniec historii”, jak można sparafrazować słynny termin Francisa Fukuyamy. Dowodzi to poważnego deficytu myślenia strategicznego.
Pasywność geopolityczna nie pozwalała dostrzec, przynajmniej niektórym politykom, że relacje transatlantyckie kruszeją, a Zachodnia Europa dąży od dziesięcioleci do „strategicznej autonomii”, przede wszystkim od Stanów Zjednoczonych. Zanim Amerykanie na dobre zaczęli wycofywać się z Europy, jak również geoekonomicznie rywalizować z UE, francuski prezydent Emmanuel Macron informował o „śmierci mózgowej” NATO (w 2019 roku). Miało to skupić wysiłki na rzecz europejskiego bezpieczeństwa wokół Europy Zachodniej, przede wszystkim na kolejnych instrumentach kształtowanych w UE. Odbywało się to kosztem polskiego bezpieczeństwa, bo faktycznie „wypychało” Amerykanów z Europy. Przesuwało to również ciężar geopolityczny całego kontynentu na zachód, do dwóch biegunów usytuowanych w stolicach największych państw członkowskich: Berlina i Paryża. Trzecim biegunem stawała się Bruksela, która absorbowała coraz więcej kompetencji w zakresie bezpieczeństwa i obrony.
Duża część polskich elit nie dostrzegła również tego, że wraz ze zjednoczeniem Niemiec (1990) znacząco zwiększyła się siła tego państwa w geopolityce europejskiej. Unia walutowa wprowadzana w XXI wieku jeszcze bardziej pogłębiła dysproporcję sił między Republiką Federalną Niemiec (RFN) a Francją i jej tradycyjnymi sojusznikami z Europy Południowej. Z kolei poszerzenie Unii Europejskiej na wschód z lat 2004–2007 było silnym wsparciem dla Niemiec, które bardzo szybko uzależniły Europę Środkową ekonomicznie i zdominowały politycznie. Była to mistrzowska realizacja celów geoekonomicznych wobec tego regionu przez RFN. Przekreśliła ona w zasadzie szanse powstania Międzymorza. Tylko niektórzy politycy i eksperci zdali sobie z tego sprawę. Inni byli wręcz z tego powodu zadowoleni. Frontalnie odrzucali koncepcję integracji Europy Środkowej, podobnie jak pasowali w odniesieniu do aktywnej polityki wschodniej. „Polityka jagiellońska” – synonim aktywnej polityki polskiej w Europie Środkowej i Wschodniej – została po raz pierwszy zanegowana przez polskiego ministra spraw zagranicznych bodaj w roku 2009.
W klasycznej myśli geopolitycznej niemal jednocześnie mówi się o dwóch bardzo istotnych aspektach strategicznych: gospodarce i kulturze. Termin geopolityka został wymyślony przez szwedzkiego naukowca Johana Rudolfa Kjelléna pod koniec XIX wieku. Warto przypomnieć, że w tym samym czasie mówił on o geoekonomii i geokulturze. Definicja geoekonomii zwykle sprowadza się do wykorzystywania instrumentów gospodarczych do celów geopolitycznych, a więc do realizowania strategii w polityce zagranicznej. Fundamentem dla skutecznej geoekonomii jest… silne państwo. To ono odpowiada za rozwój krajowej gospodarki, jej potencjału technologicznego, innowacyjnego i produkcyjnego, a następnie za wykorzystywanie tego potencjału gospodarczego w celach geopolitycznych. Dobrobyt państwa, czyli rozwój gospodarczy lub akumulacja kapitału (finansowego, technologicznego, produkcyjnego i ludzkiego) są najważniejszymi źródłami siły państwa w relacjach międzynarodowych. Niektórzy ekonomiści wskazują jako wiodący spośród wszystkich innych czynników – wzrost produktywności, zwłaszcza wtedy, kiedy jest on bardziej dynamiczny niż u konkurentów geopolitycznych. Przekonani o tym byli klasycy zachodniej myśli ekonomicznej na czele z Adamem Smithem, Alexandrem Hamiltonem i Friedrichem Listem.
Chiński uczony i strateg Zheng Guanying, żyjący mniej więcej w tym samym czasie, co wspomniani wcześniej myśliciele Zachodu, twierdził, że „siły nie da się osiągnąć bez zamożności, a zamożności nie da się zagwarantować bez siły”. Innymi słowy, to siła geopolityczna jest gwarantem rozwoju gospodarczego, szczególnie w wymianie handlowej z partnerami zagranicznymi. Jednocześnie potencjał gospodarczy daje siłę państwu. Wspomniany myśliciel już w XIX wieku wskazywał na to, że Chiny muszą uzyskać odpowiedni potencjał do prowadzenia wojen handlowych z innymi państwami. Ponadto radził, aby Chiny zdobywały swoją pozycję geopolityczną raczej za pomocą bogactwa i poprzez rosnący eksport, aniżeli siłą. Inny klasyczny myśliciel chiński Sun Yat-sen podkreślał, że kluczem do potęgi geopolitycznej będzie industrializacja i rozwój gospodarczy. W niniejszej książce będę analizował bliżej rywalizację geoekonomiczną Stanów Zjednoczonych z Chinami, niemniej już teraz warto zwrócić uwagę na fundamenty potęgi geopolitycznej w oczach klasycznych myślicieli zachodnich i chińskich. Jest to siła narodowej gospodarki oraz państwa. Tymczasem po transformacji ustrojowej w Polsce mieliśmy słabe państwo – jak to ujął jeden z polityków: „państwo teoretyczne”. Z kolei gospodarka była zależna, przynajmniej w opinii badaczy zachodnioeuropejskich. Większość polskich ekonomistów uważała, że rozwijamy się znakomicie, zwłaszcza po akcesji do UE.
W kontekście badań geoekonomicznych nad Europą Środkową często przywołuje się klasyczną pracę Alberta Hirschmana. Przedstawia on metodykę działania Niemiec w okresie międzywojennym, która zmierzała do uzależnienia gospodarek mniejszych państw Europy Środkowej i Bałkanów, a więc Międzymorza. To, co dla Niemiec było tylko ułamkiem ich wymiany handlowej, dla mniejszych państw było silną zależnością. Miało to niekorzystne konsekwencje gospodarcze, takie jak deficyt handlowy oraz mało opłacalna struktura eksportu surowców lub produktów spożywczych w zamian za import niemieckich towarów przemysłowych. Asymetryczna wymiana gospodarcza prowadziła do zależności geopolitycznej. Takie relacje geoekonomiczne występowały w wypadku partnerów handlowych Rzeszy Niemieckiej nie tylko w Europie Środkowej, ale również – ku niezadowoleniu strategów amerykańskich – w Ameryce Łacińskiej. Dokładnie te same zjawiska, które Hirschman obserwował w pierwszej połowie XX wieku, inni naukowcy dostrzegali w relacjach Niemiec z Europą Środkową w wieku XXI. Duża część elit politycznych w Polsce odwracała się do tych faktów plecami, bagatelizując płynące z tej zależności konsekwencje geoekonomiczne.
Podobnie jak w sferze geopolitycznej trudno również w ogóle mówić o polskiej strategii geoekonomicznej. Elity polityczne zadowalały się dobrobytem wynikającym z dostępu do rynku wewnętrznego UE, inwestycji zagranicznych i funduszy unijnych pobudzających koniunkturę i rozwój infrastrukturalny. Jednak już własność środków produkcji mało kogo interesowała. Tym mniej ważne były działania mające ukierunkować produkcję w strategicznych kierunkach, istotnych przykładowo dla polskiego bezpieczeństwa, najlepiej w oparciu o krajowe technologie i własność. O próbie wykorzystania narodowej gospodarki do celów geopolitycznych w zasadzie nie było mowy. Tak było w wypadku przemysłu zbrojeniowego, traktowanego przez dłuższy czas po transformacji ustrojowej po macoszemu przez elity polityczne. To samo w dużym stopniu można powiedzieć o przemyśle wydobywczym i systemie energetycznym, także telekomunikacji, bankowości i innych strategicznych sektorach. Były one najczęściej ochoczo prywatyzowane, nie wyłączając rzecz jasna kapitału niemieckiego i rosyjskiego. Były też poddawane regulacjom Unii Europejskiej, które nie tylko forsowały ich prywatyzację, ale niekiedy prowadziły także do poważnego ryzyka dla bezpieczeństwa narodowego. Tak było przy okazji transformacji energetycznej i klimatycznej promowanej przez UE.
Z kolei geokultura jest definiowana jako wykorzystywanie szeroko rozumianych zasobów kulturowych do celów geopolitycznych. Wspomniany termin ma dwa główne odniesienia. Po pierwsze, jako kulturowa baza dla myśli strategicznej i działań geopolitycznych. W takim ujęciu liczy się wielowiekowa kultura polityczna, tradycja postrzegania stosunków międzynarodowych, historycznych „przyjaciół” i „wrogów” geostrategicznych itd. Choć doświadczenia minionych wieków wyraźnie wskazują na zagrożenia płynące z imperializmu Moskwy i Berlina, to były one po transformacji ustrojowej reinterpretowane przez pryzmat kultury politycznej. Ta zaś przedkładała poszukiwanie patrona w relacjach międzynarodowych, jak również interesy partykularne ponad dobro wspólne. Z niechęcią odnosiła się zarówno do budowy silnego państwa, jak również myślenia strategicznego w kategoriach interesów wspólnoty politycznej. Na to nałożyło się zachłyśnięcie wzorcami i narracjami płynącymi z Zachodu, w tym liberalnym przekonaniem o „końcu historii”, a więc o triumfie demokratycznego świata liberalnego nad geopolityką i jakimikolwiek zagrożeniami. Członkostwo w UE i NATO czyniło nas niejako automatycznie bezpiecznymi i niefrasobliwymi w stosunku do tradycyjnych zagrożeń.
Drugim odniesieniem terminu geokultura jest taktyczne wykorzystywanie instrumentarium kulturowego, w tym środowiska medialnego, debaty intelektualnej i strategicznej, edukacji oraz nauki – do celów geopolitycznych. W założeniu takie narzędzia powinny mobilizować własne społeczeństwo i opinię międzynarodową na rzecz polskich celów strategicznych, a jednocześnie demobilizować i rozbijać narracje zagranicznych oponentów lub wrogów. Polskie elity rzadko kiedy sięgały po narzędzia geokultury w takim ujęciu. Ograniczały się do bardzo zaciętej walki medialnej i wyborczej, skupiając się na doraźnych celach partyjnych, związanych z procesem elekcyjnym. Myśl geopolityczna lub kwestie dotyczące polityki zagranicznej były tutaj wykorzystywane niejednokrotnie do realizacji celów wyborczych, a nie na przykład dla mobilizacji społeczeństwa na rzecz realizacji wielkiej strategii. Tym samym racja stanu i interes państwa podlegały erozji w wyniku silnych emocji i polaryzacji polityki wyborczej. Krajowe elity były też bezbronne wobec zewnętrznych ataków geokulturowych, a więc agresywnej narracji, która miała deprecjonować polskie władze i tym samym osłabić możliwości realizowania działań w polityce zagranicznej. Przykładem takiej sytuacji były zarzuty dotyczące łamania przez polski rząd praworządności i tzw. wartości europejskich, które wysuwały instytucje unijne przy wsparciu państw członkowskich z Europy Zachodniej (w latach 2016–2023). Niezależnie od meritum sprawy prowadziło to do obniżenia rangi i możliwości oddziaływania przez polskich dyplomatów na partnerów zagranicznych. Warto zwrócić uwagę na to, że wspomnianą narrację stygmatyzującą polskie władze poparła wówczas krajowa opozycja, a nawet domagała się wprowadzenia sankcji unijnych na Rzeczpospolitą. Tak jak wspomniałem, było to działanie osłabiające możliwości prowadzenia skutecznej polityki polskiego państwa na arenie międzynarodowej, choć było zgodne z kulturą polityczną Polaków przynajmniej od końca XVIII wieku.
Te wszystkie trzy perspektywy naukowe, czyli geopolityka, geoekonomia i geokultura, dają w moim przekonaniu narzędzia do analizy polskiej strategii wobec Międzymorza. Potwierdzają potrzebę realizacji tej koncepcji w praktyce, jak również ukazują największe bariery dla jej wprowadzania w życie. Do najważniejszych należy słabość państwa, brak wielkiej strategii i dysfunkcje kultury politycznej. Być może moje przemyślenia staną się inspiracją dla przełamywania trudności i dalszej operacjonalizacji polskiej strategii w wymiarze geopolitycznym, geoekonomicznym i geokulturowym. (…)
Niniejszy tekst to fragment książki Tomasza Grzegorza Grosse pt. „Międzymorze. Geopolityka. Geoekonomia. Geokultura”, wyd. Zona Zero
Czytaj też:
Po wielkiej wojnie Izraela. Nowy Bliski WschódCzytaj też:
Nadchodzi imperialna RosjaCzytaj też:
Dżihad, gangi i islamizacja Europy. Kronika zapowiedzianej śmierci
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
