Ameryka nie dla Żydów
  • Piotr ZychowiczAutor:Piotr Zychowicz

Ameryka nie dla Żydów

Dodano: 
Członkowie rodziny Heldenmuth wchodzą na pokład MS St. Louis w Hamburgu
Członkowie rodziny Heldenmuth wchodzą na pokład MS St. Louis w Hamburgu Źródło: Wikimedia Commons
Rząd USA w 1939 r. nie przyjął statku z 937 żydowskimi uchodźcami z III Rzeszy. Franklin Delano Roosevelt odrzucił wstrząsającą prośbę o łaskę i uznał Żydów za „element niepożądany”. Wielu z nich trafiło później do komór gazowych.

„Z nami podróżuje się dobrze” – tak brzmiało motto niemieckiej firmy żeglugowej Hamburg Amerikanische Packetfahrt Actien Gesellschaft (HAPAG). Należał do niej między innymi luksusowy liniowiec „St. Louis”, który regularnie pływał między Stanami Zjednoczonymi a Niemcami. Zwodowany w 1925 r. statek posiadał salę taneczną, basen, znakomite restauracje, bary oraz wspaniałe kabiny pierwszej klasy. Długą podróż pasażerom umilała orkiestra.

Z reguły z usług HAPAG korzystali zamożni turyści, biznesmeni, aktorki, pisarze czy bonzowie NSDAP. 13 maja 1939 r. na pokład weszli jednak zupełnie inni pasażerowie. Byli to żydowscy uchodźcy. Mężczyźni, kobiety i dzieci. Wielu pasażerów do hangaru 76 na hamburskim wybrzeżu trafiło prosto z obozów koncentracyjnych, do których wsadzono ich po pogromach nocy kryształowej.

Był to element prowadzonej wówczas przez władze III Rzeszy kampanii „sprzątania domu”. Żydom, którzy mieli pieniądze, aby się wykupić i załatwić sobie wizy wjazdowe do odległych krajów, pozwalano opuścić teren Niemiec. Aby dostać się na pokład „St. Louis”, uchodźcy musieli zapłacić 800 (pierwsza klasa) lub 600 marek (druga klasa). A do tego uiścić „opłatę dodatkową” w wysokości 230 marek. Dla wielu ograbionych wcześniej przez państwo Żydów były to ostatnie oszczędności.

Wszyscy pasażerowie mieli – kupione po 150 dol. – zezwolenia na turystyczny pobyt na Kubie, gdzie zamierzali oczekiwać na pozwolenie wjazdu do USA. Gdy „St. Louis” odbił od nabrzeża i wypłynął w pełne morze, zostawiając za sobą terytorium III Rzeszy, pasażerowie odetchnęli z ulgą. Niektórzy rzucili się sobie w ramiona, inni płakali. Uważali bowiem, że właśnie zostali uratowani. Że dla nich narodowo-socjalistyczny koszmar dobiegł końca i teraz czeka ich nowe wspaniałe życie za oceanem.

Rejs nie różnił się niczym od innych wypraw „St. Louis”. Kapitan Gustav Schröder poinstruował załogę, aby traktowała Żydów tak jak wszystkich innych pasażerów. Serwowano im więc drinki i wyszukane dania, dzieci pluskały się w basenie, panie opalały się na ośmiu pokładach. Wieczorami orkiestra grała rumbę i tango, a żydowska młodzież szalała na parkiecie ku zgorszeniu starszych.

Gustav Schröder, kapitan "St. Louis'

Ponieważ Schröder był przeciwnikiem reżimu, pozwolił religijnym pasażerom nie tylko na odprawianie modłów w sali restauracyjnej, ale także na zdjęcie wiszącego na ścianie portretu Führera. Sala została w ten sposób zamieniona w prowizoryczną synagogę. Niemiecka załoga zachowywała się grzecznie, pomagała nawet starszym Żydom nosić bagaże. Według pasażerów na „St. Louis” panowała „beztroska atmosfera”, ludzie czuli się jak na „luksusowej wycieczce”.

Pogłębiało to poczucie bezpieczeństwa, które – niestety – okazało się złudne. Żydzi nie wiedzieli bowiem, że na kilka dni przed ich wypłynięciem prezydent Kuby zmienił przepisy emigracyjne. Wszystkie turystyczne zezwolenia na wjazd zostały anulowane. Od teraz obcokrajowcy na terytorium Kuby mogli znaleźć się tylko po uzyskaniu zgody rządu oraz wpłaceniu 500 dolarów Tymczasem Niemcy pozwolili Żydom wywieźć zaledwie po 10 marek na głowę, co było równowartością 4 dolarów.

Ludzie znaleźli się w pułapce.

Kubański potrzask

Statek stanął na redzie portu w Hawanie wczesnym rankiem 27 maja 1939 r. „Na statku spełniał się sen pasażerów, spośród których prawie połowę stanowiły kobiety i dzieci, na które czekali ich mężowie i ojcowie przebywający już w Hawanie – pisali autorzy książki »Rejs wyklętych« Gordon Thomas i Max Morgan-Witts. – Na pokłady wyległy tłumy ludzi usiłujących zidentyfikować obiekty na lądzie, porównując je w pamięci ze znanymi pocztówkami”.

Niestety prezydent Kuby Federico Laredo Brú podtrzymał swoje stanowisko i nie zgodził się na przyjęcie uchodźców. Uważał, że pozbawieni środków do życia Żydzi staną się obciążeniem dla robiącej bokami kubańskiej gospodarki. Na nic zdała się presja ze strony zachodniej prasy, której reporterzy przybyli tłumnie do Hawany i opisywali obrazowo „Odyseję »St. Louis«”. Mijały kolejne dni, a niemiecki statek stał bez ruchu na redzie Hawany z pasażerami uwięzionymi na pokładzie.

Wśród Żydów, którzy szybko się zorientowali, że „coś jest nie w porządku”, zapanowało zaniepokojenie, które szybko przerodziło się w przerażenie. Jeden z pasażerów, cierpiący na schizofrenię paranoidalną Max Löwe, podciął sobie żyły i wyskoczył za burtę. Co ciekawe, został uratowany przez jednego z niemieckich marynarzy, który rzucił się za nim w fale, narażając własne życie. Niedoszły samobójca został odwieziony do szpitala na lądzie.

Czytaj też:
Götz Aly: Wszyscy Niemcy wzbogacili się na Holokauście

Ta dramatyczna scena rozegrała się na oczach znajdujących bliskich żydowskich uchodźców, którzy znaleźli się w Hawanie wcześniej. Wynajęli oni od miejscowych rybaków kilkadziesiąt małych łodzi i podpłynęli nimi do burt „St. Louis”, aby chociaż z daleka zobaczyć członków swoich rodzin. Tysięczne tłumy zgromadziły się również na nabrzeżach. „»St Louis« stał się atrakcją turystyczną – pisali autorzy »Rejsu wyklętych«. – Gapie stworzyli atmosferę karnawałową. Handlarze owocami i orzechami rozstawili kramy, wypożyczano lornetki i lunety. Uliczne zespoły muzyczne i tańczące małpy zapewniały rozrywkę. Transatlantyk napędzał rozwój przybrzeżnego przemysłu”.

Sytuacja na pokładzie stawała się coraz bardziej napięta. Ludzie zaczęli odchodzić od zmysłów. Wkrótce doszło do kolejnej próby samobójczej. Pasażerowie zaczęli mówić, że znaleźli się na „pływającym okręcie koncentracyjnym”. Na domiar złego panował straszliwy upał, temperatura dochodziła do 40 st. C.

W akcie desperacji uchodźcy wysłali list do prezydentowej Brú. „Ponad 900 pasażerów, w tym 400 kobiet i dzieci – napisano – prosi panią, by wykorzystała swoje wpływy i pomogła nam wydostać się z tej straszliwej sytuacji. Tradycyjny humanitaryzm waszego kraju i współczucie waszych kobiet dają nam nadzieję, że nie odrzuci pani naszej prośby”.

Czy pani Brú próbowała wpłynąć na zmianę decyzji męża? Nie wiadomo. Tak czy inaczej kubański prezydent zdania nie zmienił. Jak jednak wynika z ustaleń historyków, poważnie się wahał. Obawiał się bowiem, co powiedzą Amerykanie. Gdyby ambasador USA w Hawanie w stanowczy sposób wstawił się za żydowskimi uchodźcami, Brú najprawdopodobniej by ustąpił. Amerykański ambasador ograniczył się jednak tylko do „łagodnych sugestii”.